Tylko gdzie ci ludzie? O tym dlaczego uzwiązkowienie w Polsce jest jednym z najniższych wśród krajów UE, dlaczego Polacy nie chcą działać w związkach zawodowych, a dlaczego powinni, rozmawiamy z Magdaleną Szymańską, krajowym koordynatorem ds. rozwoju NSZZ „Solidarność”.

Jak pani reaguje, gdy rodacy szydzą ze związków zawodowych lub mówią: „a na co mi związek?”.
Magdalena Szymańska: Nie rozumiem tego, bo dostają od ustawodawcy niezwykłe narzędzie, do poprawy swojej sytuacji zawodowej, a zupełnie go nie wykorzystują.

Narzędzie?
Tak, związek zawodowy to narzędzie, stworzone do ułatwienia pracownikom rozmów i negocjacji o własne prawa z pracodawcą. Ale wielu Polaków nawet nie ciekawi, że takie narzędzie istnieje. Odrzucają je z marszu, nawet nie wgłębiając się w to, co za jego sprawą mogliby uzyskać.

Może nie mają problemów, więc takiego narzędzia nie potrzebują?
A może tych problemów nie dostrzegają, bo one akurat w danej chwili ich nie dotyczą, a jak nie dotyczą ich, to co ich to obchodzi? Niestety tu widzę raczej barierę w postaci powszechnej znieczulicy i nieumiejętności myślenia perspektywicznego. Bo to, że dziś dany problem, mnie nie dotyka, nie znaczy, że nie dotknie mnie jutro. Skoro pracodawca, dziś źle traktuje jednego z moich kolegów w firmie, to jaka jest gwarancja, że za chwilę nie zacznie traktować tak i mnie? Ale ludzie o tym nie myślą. Nie wychodzą poza czubek własnego nosa, nie mają potrzeby solidaryzowania się w imię obrony interesów innych niż własne. Mogą tych problemów nie widzieć, ale często też nie zdają sobie sprawy, że sytuacja, w której uczestniczą jest patologiczna, ani też, że ich praca może inaczej wyglądać, że w ogóle można coś zmienić i inaczej żyć.

Dla mnie dziwniejsze jest to, że nawet gdy sprawa dotyczy ich samych, to i tak nie palą się, by walczyć o poprawę swojej sytuacji. Czasem czytam w internecie odpowiedzi osób, które uczestniczą w dyskusji na temat czyjejś sytuacji zawodowej. Jak ktoś narzeka na swoją pracę, skarży się na warunki w niej, słyszy najczęściej: „nie podoba ci się, to zmień robotę i nie marudź”.
I o tym mówię, z jednej strony – znieczulica, z drugiej całkowity brak poczucia możliwości sprawstwa, bezsilność względem pracodawcy, bierność i stawianie się w pozycji gorszego. Ktoś taki, będzie pracował po te 12 godzin, za miskę ryżu, szurał ze zmęczenia nosem po ziemi, psioczył na swój los, ale nie podejmie żadnych działań, żeby coś zmienić.

Może to duch czasów. Wystarczy spojrzeć na liczbę rozwodów dzisiaj. Ta przecież stale rośnie. Ludzie nie chcą walczyć o poprawę relacji, wolą wymienić partnera na nowy model.
Tyle, że nowy nie znaczy lepszy. Czasem lepiej naprawić zepsuty sprzęt, niż inwestować w nowy, który może okazać się bublem. Zresztą takie bezrefleksyjne odrzucanie tego, co nie działa, do niczego dobrego nie prowadzi. Tylko powiększa śmietnik i generuje rozczarowania, bo nagle się okazuje, że nic nie trwa wiecznie i wszystko kiedyś się psuje. Mnie dziwi, że Polacy, którzy tak chętnie mówią i słuchają o narodowym bohaterstwie, którzy uważają się za naród odważny i zrywny do bitki, w rzeczywistości pracowniczej, często okazują się bezwolną masą – ślepą i głuchą.

Może nie wierzą, że faktycznie coś mogą wywalczyć?
Bo faktycznie sami, jednostkowo w walce z pracodawcą mogą niewiele, ale w grupie siła, a związek zawodowy im liczniejszy, im bardziej zaangażowany, tym większą siłę stanowi. Nie przesadzę, jeśli powiem, że silny związek może wszystko. Wystarczy spojrzeć na związkowców VW. Tam związki praktycznie mają głos równy głosowi pracodawcy. Przecież im się nawet udało wywalczyć bilety na imprezy kulturalne dla pracowników od pracodawcy, nie mówiąc już o godnych pensjach i innych zawodowych benefitach. Ale oni mają uzwiązkowienie na poziomie ponad 90 proc., co oznacza że reprezentują wolę, potrzeby i oczekiwania kilku tysięcy pracowników zatrudnionych w firmie. Trudno, żeby z taką siłą pracodawca się nie liczył.
Mówimy: „siła”, „walka”, a to może być odebrane, jakby związkom chodziło wyłącznie o robienie zadymy i uderzanie w pracodawców. Trudno się dziwić, że wielu z nich próbuje tępić powstawanie ZZ na swoim terenie jeszcze w zarodku.
Niestety to właśnie siła najczęściej okazuje się skutecznym argumentem w środowisku, w którym brakuje szacunku dla człowieka, gdzie łamie się jego prawa, traktuje przedmiotowo, uwłacza ludzkiej godności. W związku siłą jest liczebność jego członków. Nie chodzi więc o przemoc czy zadymiarstwo, lecz o respekt, o to, żeby obie strony, pracodawca i związek traktowały się wzajemnie jak partnerów. Sens istnienia ZZ nie polega na walce z kimś, ale o kogoś. Związkom nie zależy na tym, by walczyć z pracodawcą, ale by poprawiać warunki pracy pracowników. Związki to ludzie, ludzie, którzy pracują w danym przedsiębiorstwie, w danej firmie. Chcą podejmować rozmowy z danym pracodawcą, bo chcą nadal mieć pracę. Nikomu nie chodzi więc o to, by dołożyć firmie. Pracownikom przecież tak samo jak i jej właścicielowi zależy na tym, by ta odnosiła sukcesy, miała zyski. Ale mają prawo, by te zyski nie pojawiały się ich kosztem, kosztem ich zdrowia, ich życia prywatnego, etc. Mają też prawo, żeby mieć udział w zyskach, do których przecież swoją pracą się przyczyniają. Co więcej ZZ mogą pomagać w rozwoju firmy, w jej lepszym funkcjonowaniu, w ograniczeniu rotacji pracowników, w tworzeniu systemu motywacyjnego, kultury organizacyjnej. Przy dobrej współpracy ZZ i pracodawcy, nie ma potrzeby żadnej walki, jest kooperacja.

Póki w firmie nie dzieje się bardzo źle, Polacy raczej chyba nie myślą o zrzeszaniu się w ZZ?
Nie myślą, a to błąd, bo ZZ są pewną formą ubezpieczenia, jakie fundują sobie pracownicy. To ubezpieczenie działa zanim coś złego się wydarzy. Często dlatego, że ktoś jest w związku to „złe” go omija. A gdy dojdzie do jakichś nieprawidłowości, ZZ pomaga uporać się z zaistniałą sytuacją. Gdy związek już w danym zakładzie istnieje, może interweniować na bieżąco, nie pozwalając np. na łamanie kolejnych praw, powstawanie kolejnych ognisk zapalnych na linii pracownicy – pracodawca. Poza tym może też skutecznie działać nawet w jednostkowych przypadkach, gdzie jednostka jako taka nie ma szans, by jej głos został usłyszany. Wystarczy sobie wyobrazić, że w tysiąc osobowym przedsiębiorstwie, ktoś występuje do pracodawcy z wnioskiem o podwyżkę. Jaką ma na nią szansę? Ale gdy o tą wystąpi dla niego związek, za którym stoi 70 proc. kadry firmy, to jakościowo jest to jednak inny partner do negocjacji. Poza tym według przepisów pracodawca ma obowiązek rozmawiać z ZZ, który jest reprezentatywny, a z pracownikiem już nie.

Tylko że w Polsce rzadko który związek ma taką liczebność jak VW?
To fakt. W kraju mamy blisko 8000 związków, ale ich siła jest znikoma, bo są zbytnio rozproszone. W jednym miejscu pracy potrafi być kilka związków, które niekiedy jeszcze nawzajem ze sobą konkurują, co tylko osłabia ich pozycję, skuteczność i wiarygodność. Dlatego ja zawsze będę rekomendować przystępowanie do ZZ takich jak „Solidarność”, które są duże, mają za sobą doświadczenie związkowe, bogate zaplecze ekspertów oraz narzędzi, którymi mogą wspierać pracowników przynależących do „S” w swoim miejscu pracy.

To od czego zacząć, jeśli chcemy założyć ZZ?
Od rozejrzenia się w około czy są jeszcze inne osoby zainteresowane stworzeniem takiego narzędzia w danym miejscu pracy. Do tego bowiem, by zarejestrować ZZ potrzebne jest minimum 10 członków. Następnie zorganizować spotkanie założycielskie. Nie muszą w nim uczestniczyć wszyscy zdeklarowani członkowie, ale powinni być na nim liderzy, którzy omówią cele, założenia, plan rozwoju i działań związku. Dobrze na takie spotkanie umówić kogoś z reprezentacji krajowej lub regionalnej ZZ, który wprowadzi w temat, opowie jakie dokumenty należy zebrać w celu rejestracji związku, przez jakie procedury przejść, a na koniec pomoże jeszcze zarejestrować daną organizację. Warto dodać, że w Polsce założenie ZZ nic nie kosztuje. Lepiej nie wychylać się z informacją o założeniu związku dopóki nie zostanie on realnie zarejestrowany, a może to potrwać do dwóch tygodni.

Dlaczego radzi pani ukrywanie się pracownikom ze swoją inicjatywą?
Bo niestety z naszego doświadczenia wynika, że gdy niektórzy pracodawcy dowiadują się, że dani pracownicy solidaryzują się, zaczynają podejmować działania, które mają im to uniemożliwić. Znamy przypadki dyskryminacji takich pracowników, próby wyrzucenia ich z pracy, itp.

Założyliśmy ZZ i co dalej?
To zależy od ludzi. Podkreślam raz jeszcze, związek to ludzie i od ich potrzeb, zaangażowania, inicjatywy, zależy zakres zmian, jakie mogą zostać przeprowadzone w firmie. Związki Zawodowe mają naprawdę wiele uprawnień i wiele mogą osiągnąć, wszystko zależy od nich samych. Czasem słyszę od ludzi: „Nie przystąpię do związku, bo już się na jednym zawiodłem” albo „U nas to niby mamy związki, ale jakby ich nie było”, no ale czyja to wina? Na kim się ten człowiek zawiódł, na związku czy na ludziach? Co zrobił, żeby wymienić władze związku, jeśli te okazały się nieskuteczne? Związek to my, jak nie będziemy mówić głośno o swoich potrzebach, jak nie będziemy dbać (również w kręgach związkowych) o ich respektowanie, to to nie będzie działać. Założywszy ZZ, trzeba cały czas zabiegać o to, żeby jego uzwiązkowienie rosło (cel to 100 proc.). Trzeba dbać o przygotowanie merytoryczne związkowców (szkolenia z prawa pracy, negocjacji i rozwoju itd.). Nie można osiadać na laurach, trzeba się rozwijać i kształcić. Rozmawiać z pracownikami! Pytać wszystkich dookoła o potrzeby i próbować wspólnie je zaspokajać. Zwiazek musi być aktywny cały czas.

Ubolewa pani, że Polacy nie potrafią tak stać za sobą murem nawzajem jak np. Skandynawowie, w społecznościach których uzwiązkowienie jest na poziomie 70 proc.?
Z ubolewania wiele nie będzie, więc nie ubolewam tylko próbuję działać, zmieniać świadomość ludzi, pokazywać im zasadność członkostwa w ZZ. Teoretycznie ja jako 28-latka, bez dzieci, bez wielkich zobowiązań, też mogłabym powiedzieć, że nie potrzebuję ZZ, że mam to gdzieś, więc wyjeżdżam tam, gdzie ludziom żyje i pracuje się lepiej. Ale nie wyjeżdżam, bo wierzę w ideę ZZ i wiem, że wiele rzeczy, które na rynku pracy i warunków pracowniczych zmieniło się na przestrzeni lat na lepsze, zawdzięczam moim poprzednikom, którzy mieli odwagę o to walczyć. Chciałabym kontynuować to, co zaczęły robić związki z całego świata wiele lat temu, bo nadal jest mnóstwo do zrobienia.

# Klaudia Nowak