Handel handlowi nierówny – rzec to może każdy, kto choć raz zaznał życia w korpo na stanowisku handlowym. Umiejętności komunikacyjne, kompetencje miękkie, soczysta retoryka, giętki język i wiele innych predyspozycji – to zestaw konieczny do objęcia stanowiska handlowca w korporacyjnej drabince.

Jednak dziś niewielu w korpohierarchii jest w stanie pojąć te zależności. A jest to sprawa kluczowa, by z szacunkiem i zrozumieniem podejść do kolegi ze stanowiska najbliższego klientowi.
Zatem – w związku ze świętem handlowca, przypadającym na 9 lutego – warto choć na chwilę zanurzyć się w świecie negocjacji i erystyki, i poznać ten handlowy fach.
Dziś, specjalnie dla czytelników Korpo Voice, kilka słów prawdy – i to z samego epicentrum korporacyjnego obrotu kapitałem!

Start w korpo, to zawsze trudna sprawa, tym bardziej kiedy masz działać w najbardziej wysuniętym szyku działu sprzedaży.
Kiedy pierwszy raz przychodzisz, by postawić się całemu światu kapitalizmu i powiedzieć „Ja tu będę sprzedawał” i objąć tę wymarzoną (lub nie, niewymarzoną) posadę handlowca, by toczyć boje z obcymi ciałami obcych podmiotów korporacyjnych, a także być bohaterem formacji pod tytułem „sale”, to… No właśnie… to co?

– Mówią, że cztery kafle na rękę, bez względu na wstępne kwalifikacje, to zupełne minimum dla handlowca w tym kraju, niezależnie od miejsca – zaczyna swoją opowieść Marcin, handlowiec z Krakowa. – Jeśli ktoś mówi, że na rozmowie wstępnej poza dobrą gadką nie potrzeba ci niczego więcej, to wiedz, że kłamie. Przy pierwszej kwalifikacyjnej zajawce tak miałem, że rekruterka zadała mi pytanie o koncepcję sprzedaży przy konkretnym produkcie. Ot tak, o jakieś hasło „wywoławcze” w zadanym kontekście zapytała i cóż, pierdolnąłem jakieś beznadziejny tekst o bieliźnie damskiej (taki był kontekst) i poległem.
A wymyśliłem coś takiego: „Stanik marki <<XXX>> założysz na swe piersi i nie znajdziesz już od nas lepszych”. Cóż, rym mi nie wyszedł, a do tego konotacje negatywne… W handlu wszystko już jest trudne, wszystko wymaga dogłębnej analizy i pod kątem językowym, i pod kątem wszelakich kontekstów, więc jeśli ktokolwiek powie ci, że ludzie z działu sprzedaży to kolesie (i typiary) wzięci z ulicy, to proszę, możesz się im zaśmiać prosto w twarz – stwierdza Marcin.

Handlowiec to taki osobnik w tej całej drabince korporacyjnej, który najbardziej może czuć się narażony na oddziaływanie ze strony kołczingowców. Niestety taka prawda, wszystkie statystyki i bossowie sprzedaży to potwierdzają. Szanowny menedżerze, jeśli masz w swoim korpo kiepskiego kołcza, to jego kiepskość na własnej skórze najmocniej odczuje właśnie handlowiec.
– Czasami mam wrażenie, że cały sektor sprzedaży stanowi jakieś koło doświadczalne dla sektora kołczingowego – żali się Róża, handlowiec z Krakowa. – Czy ktokolwiek z innych działów miał tego typu przygody co ja na swoim stanowisku? Ha, ha! Czasami wydaje mi się, że handlowiec to takie przedłużenie filozofii korporacyjnej do świata zewnętrznego! Dobrze pamiętam, jak w pierwszym miesiącu pracy skierowano mnie na zajęcia motywacyjne. Byłam na nich wraz z czterema innymi osobami z działu. Do dziś pamiętam te kretyńskie slogany o „markerze wydajności, spoczywającym na moich barkach”. Te teksty o „obrocie sprzedaży, kręcącym się w moich rękach”. Niestety drodzy handlowcy, to zawsze my pozostaniemy tymi królikami doświadczalnymi kołczingu i nic w świecie tego nie zmieni. No ale przecież godząc się na ten najbardziej ekstremalny dział w drabince, godzimy się na najbardziej ekstremalne warunki w całym tym biznesie. Prawda, koledzy i koleżanki? Czy ktoś spoza naszego działu dostaje aż takie „kołczpancze” jak my? Wątpię – puentuje Róża.

Handlowiec to taki człowiek, który zarabia co niemiara – podają biurowe plotkary. No właśnie nie. Dział handlowy to taki dział, po którym nie musi być widać, że „się powodzi”, bo to kwestia sprzedaży, a ona zawsze będzie na polskiej ziemi kwestią newralgiczną. Więc, nie zapłacą ci więcej, tak jak należałoby.
– Czy obracam duża kasą? Tak! – stwierdza Mariusz, handlowiec z Krakowa. – Ale to wcale nie znaczy, że ja tę kasę mam ot tak, zaraz pod ręką. Nie, nie. Handlowiec to w rzeczywistości praca realna z kapitałem w sferze wirtualnej. Bo niby jesteś osobą od reprezentowania interesu, niby jesteś człowiekiem od promowania firmy, ale w rzeczywistości, to zupełnie inni ludzie płacą twoje rachunki. Może się to wydawać przykre, ale taka jest rzeczywistość, bo handlowiec, to taki piarowiec, ale w wersji „dotykowej”. Więc jeśli ktoś po raz kolejny mi powie, że jestem biznesową twarzą firmy, to natychmiast mogę mu odpowiedzieć: NIE! Nie jestem menedżerem z tak zwanej „góry”!

Zarobki handlowców w korporacyjnym świecie wahają się między 4 a 8 tysięcy za miesiąc ostrej harówki. I jeśli ktoś sądzi, że jest inaczej, to jest w wielkim błędzie.
– Osobiście uważam, że mój zawód, to profesja dla pasjonatów. Dlaczego? Zasadniczo masz fach w ręku, ale niełatwo go wykorzystać na własną rękę. Paradoksalne. Dlatego też wykorzystujesz tę smykałkę na potrzeby wielkich marek ( tak jest w moim przypadku) i sprzedajesz czyjeś produkty i usługi, znając ich wady i prognozowane usterki. W pewnym sensie ta praca to magia i legalne oszustwo. Ale wiadomo też, że każdy usługobiorca chce tej usługi, stąd też cała przyjemność transakcji. Cóż, znam wielu, którzy nagle stwierdzili: przechodzę na prywatę. Śledziłem ich dalsze kroki na wolnym rynku. Dziś, po tej obserwacji, mogę powiedzieć tak: Bogu dzięki, że wciąż jestem w korpo. Jednak duża marka i korporacyjna drabinka dają spokój, który jest tak ważny w tym handlowym biznesie. Znam kilku, którzy pracują w podobnej profesji solo i wiem na pewno, że sam bym tak nie chciał. Indywidualni handlowcy, to jednak jest Mont Blanc tej biurowej/pozabiurowej profesji. Może pracując dla własnej firmy dasz radę przez jakiś czas z tą całą sprzedażą, ale minie miesiąc, dwa i psycha ci siądzie. Szczerze mówię. Widziałem moich bliskich kumpli, którzy siadali jak muchy. No i kończyli całą imprezę na psychotropach. Więc dziś mówię sobie tak: Albo korpo na tym stanowisku, albo nic. Taka prawda, nic nie zmyślam, amen – podsumowuje Mariusz.

Handlowiec to niby robota na całe życie. Masz predyspozycje i możesz w to iść. Wielu mówi, że doświadczenia i wykształcenie to sprawy mniejszej wagi, bo liczy się tak zwany dryg, czy też jak wolą inni – smykałka. Jednak rzeczywistość bywa brutalna. W tym fachu liczą się umiejętności miękkie, nabyte głównie w praktyce, podczas zdobywania doświadczenia w konkretnej branży.
– Czy predyspozycje do handlu nabywa się w okresie prenatalnym? Wątpię – zastanawia się Andrzej, handlowiec z Krakowa.
– Owszem, można mieć pewne zdolności nabyte w okresie dojrzewania czy dorastania, które ułatwiają, powiedzmy, asymilację w określonym środowisku, ale to nadal nie jest odpowiedni zasób wiedzy i umiejętności, mogący przystosować cię do pracy na moim stanowisku. Zawód handlowca wymaga dziś naprawdę wielkiego wyspecjalizowania w konkretniej dziedzinie. Gdy zaczynałem pracę w firmie, znanej gównie z produkcji batonów (produkuje też karmę dla psów i tego typu gratisy), musiałem włożyć ogromną ilość pracy, by wyspecjalizować się w specyfice tej firmy i obmyślić koncept sprzedażowy marki. To, na serio, nie było łatwe zadanie. Bajki o tym, że jak ktoś jest handlowcem z powołania, to bez problemu odnajdzie się w każdej branży, to polecam odłożyć na bok. Sprzedażówka to trudny dział bez względu na markę, którą się reprezentuje – kończy Andrzej.

Handel to nie tylko zbiór kolesi, którzy w niekorporacyjnych warunkach siedzieliby na targu i sprzedawali słonecznik czy inny szajs. Ludzie z tego działu na serio muszą się konkretnie napracować na swój kawałek chleba.

Tym bardziej Korpo Voice składa im najserdeczniejsze życzenia pomyślności oraz zrozumienia –ze strony korporacyjnej braci – by w ich pracowniczej niszy wiodło im się jak najlepiej!

#Darek Berłowski