Jeśli zastanawiacie się nad zmianą firmy, to przede wszystkim dowiedzcie się od kogoś, kto w niej pracuje i jak się sprawy u nich mają z kawą. Czy firma, do której planujecie się przenieść, zapewnia swoim pracownikom kawę, czy muszą oni się w nią zaopatrywać sami?

Ktoś, kto zawsze pracował w korporacji i darmową kawę, herbatę, wodę uważa za warunek konieczny codziennego zrywania się z łóżka i wciskania ctrl+alt+delete, żeby móc się zalogować do komputera, nie zrozumie nigdy kogoś, kto takich przywilejów nie ma i jeśli chce się czegoś napić w pracy, to musi to coś sobie kupić lub przynieść (Uwaga! Niektórzy noszą wodę z domu w pięciolitrowych baniakach). Inna sprawa, że czasami w drodze do pracy widzę cudowne kawiarenki rowerowe i zastanawiam się, czy ja jestem na tyle skąpa, żeby sobie takiej kawy nie kupić, czy tamci ludzie, którzy kupują, chcą coś zademonstrować. Że ich stać. Mimo iż po wjechaniu na drugie piętro windą, mogliby mieć podobną kawę za darmo. Ale jak coś jest za darmo, to już jakby mniej smakuje (mniej spienione mleko, ziarna niewystarczająco albo za bardzo zmielone, cukier nie trzcinowy…). Kawa, temat rzeka. Ilu smakoszy, tyle smaków.
No to wyobraźcie sobie, że przychodzicie pewnego dnia do firmowej kuchni, a tam ogłoszenie: „Nie ma kawy, ponieważ firma zdecydowała się na cięcie kosztów.” Albo inna wiadomość na mailu: „W tym roku nie będzie kalendarzy biurkowych, ponieważ dbamy o środowisko”. Pitu, pitu. Wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Cięcie kosztów, zaciskanie pasa, oszczędności. Kiedyś od razu było wiadomo, co jest na rzeczy. A teraz to może być pod przykrywką ekologii (zmiana kalendarzy z papierowych na Outlooka) lub zmian organizacyjnych. I może się tak stać, że nagle jeden team leader ma dwa zespoły do ogarnięcia, teoretycznie dla jego dobra, żeby mu było łatwiej zdobywać informacje od obu teamów. I manager też może mieć więcej podopiecznych i projektów pod sobą, żeby mógł lepiej się zorganizować. I nikt nie pyta o zdanie samych zainteresowanych. Po prostu dostają dodatkowe zadania, w których mają możliwość się wykazać. Nie jest celem pracodawcy ich zajechać, ale stawianie coraz większych wymagań i dawanie możliwości rozwoju poprzez przejmowanie czyichś obowiązków, to już brzmi lepiej. Ale hola hola! Kiedy trzeci tydzień z rzędu wasz pracownik siedzi po nocach, później choruje na L4, bo organizm już mu się buntuje ze zmęczenia, to chyba jednak nasza Matka Korporacja gdzieś się pogubiła w tym wszystkim.
Musi być jakaś granica, której przekroczenie będzie oznaczało, że wasza firma ma się nie najlepiej i może warto poszukać otoczenia bardziej przychylnego i zorientowanego na człowieka. Oszczędności, zmiany, reorganizacja. Wszystko staramy się zrozumieć, tłumaczyć pracownikom, racjonalizować. Ale czy można poważnie traktować menedżera, który mówi „wszystkie zadania sa priorytetem” albo co chwilę wrzuca wam coś dodatkowego, bo sam nie wyrabia na zakrętach. I człowiek – zwykły szaraczek, trybik w ogromnej machinie – zaczyna dumać. Może ja niezbyt uważnie jednak uczestniczyłem w szkoleniu z work-life balance i nie pojąłem istoty tego zagadnienia? Albo przeciwnie – niewystarczająco pilnie przyłożyłem się do ustalenia priorytetów i dlatego teraz nie radzę sobie z natłokiem obowiązków?
Mam nadzieję, że widzicie to oko, które do was puszczam i te palce skrzyżowane za plecami. Dbajcie o waszych pracowników, bądźcie razem z nimi, nie dajcie sie zwariować w pogoni za „efficiency”. Zachowajcie zdrowy rozsądek w braniu na siebie dodatkowych zadań oraz rozdzielaniu ich na wasz zespół. Oszczędzajcie na rzeczach, eliminujcie zbędne procesy, ale zapewnijcie waszym pracownikom komfort pracy, święty spokój, żeby mogli robić to, czego od nich wymagacie. Siedzenie po nocach nie jest dobre, chyba że ktoś robi to dla przyjemności tak, jak ja w tej chwili, próbując spisać dla was tych kilka myśli, zanim jutro od rana zajmę się na poważnie realizacją targetów, ustalaniem celów na najbliższy rok, obliczaniem KPI, zbawianiem świata… Jeśli choć jeden manager po przeczytaniu tego tekstu zastanowi się, czy może przypadkiem nie za mocno podkręca śrubę, to już będzie mój mały sukces. W końcu korporacja to ludzie i od nas zależy, ile z człowieka zostanie w człowieku, a w jakim stopniu zmienimy się w korpozombie.

#Ania z Krakowa