cof

Ich produkty występują w telewizyjnych programach i serialach, wypełniają przestrzeń w obiektach użyteczności publicznej, salonach meblowych, przedszkolach, kawiarniach, restauracjach. Są w wielu polskich i zagranicznych domach. Na każdym kontynencie. Kto by pomyślał, że mowa tu o małej firmie, stworzonej trzy lata temu przez uciekinierkę z korpo.Mieszkamy w jednym mieście, znam wasze produkty, ale dopiero mój występ w „Pytaniu na śniadanie” sprawił, że nasze ścieżki się przecięły…
Joanna Jurczak i Monika Sielicka: Zobaczyłyśmy cię w programie TVP2 i postanowiłyśmy zapytać, jak ci się siedziało na naszych poduchach (śmiech).
Od razu rzucają się w oczy, wyróżniają we wnętrzu i w dodatku są megawygodne. Gdybym miała świadomość, że to ręczny wyrób autorstwa lokalsów, pewnie już dawno byśmy się spotkały. Wyjaśniam jednak, że w rubryce „Korpo Voice” pojawiacie się dlatego, że jedna z was jest korporacyjną uciekinierką.
MS: Tak, to Joasia. Ona też jest założycielką i właścicielką Wood’n’Wool. Ja tu jestem tylko od czarnej roboty (śmiech), czyli zajmuję się szeroko pojętym marketingiem. Nie pracowałam stricte w korporacji, ale raczej z korporacjami. Najpierw byłam bookerem w agencji modelek, później marketingowcem w firmie motoryzacyjnej i następnie w sieci salonów optycznych, by w końcu zrobić sobie przerwę w karierze i zacząć przygodę zwaną macierzyństwem.
JJ: Macierzyństwo i dla mnie było czasem, który przerwał moją karierę w korpo. Najpierw jedno dziecko, potem drugie. Pracowałam wtedy w Bank Citi Handlowy w dziale konsolidacji kredytów. Nie powiem, że źle wspominam tę pracę. Chyba już zawsze będzie mi się ona dobrze kojarzyć, bo w końcu tam właśnie poznałam swojego męża.
Ale mimo dobrych wspomnień po urlopie macierzyńskim postanowiłaś nie wracać do korpo.
JJ: Pochodzę z rodziny przedsiębiorców i mam wrażenie, że potrzebę kontynuowania tej biznesowej tradycji mam już w genach. Od kiedy pamiętam, marzyło mi się stworzenie własnego biznesu, takiego od podstaw, z możliwością wprowadzenia unikalnych produktów na rynek. Małżeństwo, macierzyństwo rozpoczęły w sposób naturalny proces zmian i dojrzewania do tej decyzji. Poczułam, że jestem na to gotowa, że chcę czegoś nowego w swoim życiu zawodowym. Dla mnie powrót do korpo, byłby zrobieniem kroku wstecz, a to absolutnie nie leży w mojej naturze.
Najpierw jednak zaczęłaś budować biznes wspólnie z mężem?
JJ: Tak. Jakiś czas po mnie on także odszedł z banku. Wtedy postanowiliśmy razem zrealizować jeden z naszych pomysłów na firmę. Mimo to, nie dawała mi spokoju myśl, że to wciąż nie jest moje własne, autorskie dzieło. Kiedy więc wspólny biznes chwycił, ustaliliśmy z mężem, że on poprowadzi go sam, a ja spróbuję jednak czegoś swojego. Ponieważ mam zdolności manualne i lubię tworzyć różne ładne przedmioty, zaczęłam eksperymentować z drewnem i różnymi materiałami. W mojej rodzinie wszystkie kobiety od pokoleń potrafią to robić, więc i ja trochę się tego nauczyłam. Wymyślałam zatem różne rzeczy, które wynikały z codziennych potrzeb i próbowałam wykorzystać swoje umiejętności, żeby samodzielnie je wykonać. Gdy np. okazało się, że moje dziecko jest na tyle aktywne, że non stop obija się, raczkując w łóżeczku, pomyślałam: „przydałby się jakiś ochraniacz, amortyzujący jego kontakt z meblem” i taki uszyłam. Potrzebowałam stołka, zrobiłam go. Wrzucałam potem te rzeczy na Instagram i inne media społecznościowe i okazywało się, że zwykle spotykałam się z reakcją typu: „Wow”, „Ale fajne”, „Gdzie to można kupić?”. Poszłam więc za ciosem i zaczęłam tworzyć proste meble, poduchy, pufy, dywaniki. Wszystko hand made. Zainteresowanie tymi rzeczami szybko stało się tak duże, że musiałam zacząć myśleć o zatrudnieniu ludzi do pomocy w realizacji zleceń.
MS: To właśnie Joanna i jej Wood’n’Wool wprowadziły do Polski trend na supełkowe elementy dekoracyjne, które szybko ewoluowały do roli sztuki użytkowej. Dziś niestety na rynku jest już mnóstwo podróbek jej produktów.
Dlaczego niestety? Dziś to chyba naturalne, że jak coś się podoba i sprzedaje, to szybko znajdują się naśladowcy?
MS: Owszem, ale nam wizerunkowo to bardzo szkodzi. Bo podróbki nie trzymają jakości i nie dbają o detale, na których tak bardzo skupia się nasza firma. W efekcie, ktoś kto kupuje marnej jakości podróbkę, nabiera przekonania, że poducha supełkowa do niczego się nie nadaje, bo np. rozpada się w praniu, nie trzyma formy, robi się płaska jak naleśnik.
JJ: Mnie mnóstwo czasu zajęło opracowanie technologii, która dawałaby satysfakcjonującą jakość. Dzięki czemu dziś wiem, że oferuję klientom produkt dopracowany w każdym szczególe. Antyalergiczny, który można używać przez wiele lat, bez obaw wielokrotnie go prać, a on i tak nie straci swojej sprężystości, będzie trzymał kształt, zachowa kolor. Przez długi czas autentycznie zżerała mnie świadomość, że ludzie podrabiają moje produkty. Walczyłam z tym, uruchomiłam prawników, bo okazywało się, że nawet kradną nasze firmowe zdjęcia, na których jest moje dziecko i wystawiają jako swoje. W końcu poddałam się, bo to jak walka z wiatrakami. Obecnie skupiam się przede wszystkim na pozytywnych elementach budowania marki i dalszym rozwoju w oparciu o jakość.
Jak na razie chyba tą jakością właśnie wygrywacie?
JJ: Rzeczywiście nie mogę narzekać. Klienci, którzy raz coś u nas kupią, zwykle wracają po więcej.
MS: Ale nie tylko klienci nas doceniają, szanuje nas także branża. Wood’n’Wool od trzech lat nieustannie gości na targach wnętrzarskich, na które dopuszcza się nie wszystkie, lecz tylko wyselekcjonowane marki.
JJ: Poza tym mamy duże zainteresowanie naszymi produktami od klientów zagranicznych. Praktycznie nie ma kontynentu, na którym byśmy się nie sprzedawały.
MS: Niedawno wysłaliśmy dwie palety naszych poduszek do Azji, choć wydawać by się mogło, że dzisiejszy kierunek eksport – import raczej funkcjonuje w odwrotnym kierunku. Ewidentnie kochają nas Skandynawowie, do których eksportujemy najwięcej z naszej oferty, ale też USA i cała Europa Zachodnia.
I to wszystko udało wam się osiągnąć w zaledwie trzy lata, startując od kilku sztuk wykonywanych ręcznie w piwnicy?
MS: Mnie samej trudno w to uwierzyć.
JJ: Chyba faktycznie można to uznać za sukces. Ale chcę podkreślić, że chociaż już wyszłyśmy z piwnicy, choć zatrudniamy na etacie kilka osób i mamy dużą pracownię oraz magazyny, to nadal wszystkie nasze produkty to ręczna robota. Mamy to jednak na tyle dobrze zorganizowane i na tyle świetny zespół, że jesteśmy w stanie zrealizować każde zamówienie hurtowe.
Wiele osób próbuje swoich sił we własnym biznesie, ale wiele z nich nigdy nie dociera do punktu o nazwie: „sukces”. Jak sądzicie, z waszego doświadczenia, co jest potrzebne, by do tego celu dojść?
JJ: Ciężka praca i zgrani, dobrze dobrani do zespołu ludzie. W naszym przypadku jest to całkowicie damski team, ale potrafimy ze sobą rozmawiać, nie eskalujemy konfliktów i chyba wszystkie po prostu lubimy robić to, co robimy. Praca sprawia nam frajdę. Do tego jednak trzeba dorzucić też i łut szczęścia, bo bez niego, czasem człowiek może się starać, może stawać na rzęsach, a i tak nic nie wyjdzie. Tak więc myślę, że 99 proc. to ciężka praca i ludzie, a ten 1 proc. to szczęście.
MS: Oczywiście ten 1 proc. w naszej firmie stanowię ja (śmiech).
JJ: Możemy się z tego śmiać, ale Monika rzeczywiście dokonuje cudów, więc nawet nie będę w tej kwestii dyskutować. Już w pewnym sensie cudem było to, że w ogóle na siebie trafiłyśmy.
MS: Poznała nas ze sobą nasza wspólna znajoma, która oceniła, że jesteśmy dla siebie stworzone w ramach współpracy zawodowej, po czym umówiła nas na spotkanie. Zaiskrzyło od razu, a ja poczułam, że nareszcie jestem w odpowiednim miejscu.
Jednak nie powiecie mi chyba, że nie było w historii Wood’n’Wool żadnych problemów czy kryzysów?
JJ: Oczywiście, że były i są. Bo konkurencja na rynku jest ogromna i w sumie nasza praca właściwie nigdy się nie kończy. Ja żyję firmą 24 godzin na dobę i drżę o jej przyszłość, zwłaszcza, że teraz odpowiadam nie tylko za siebie, ale i swoich pracowników. Monika wcale nie mniej angażuje się w rozwój marki i budowanie sieci sprzedaży. Jak nie mam od niej wiadomości w weekend, to zaczynam się martwić czy nie jest chora (śmiech). Myślę, że mnie osobiście mocno zahartowało i w kwestii zwycięstw, i w kwestii porażek, sportowe wychowanie, bo kończyłam sportową szkołę średnią. Nauczyłam się tam wytrwałości w dążeniu do celu, niepoddawania się, gdy na drodze pojawiają się przeszkody, nie oglądania się za siebie, nawet jeśli na karku czujesz oddech przeciwnika. I na razie to wszystko pozwala mi posuwać się do przodu, pomimo różnych problemów, kryzysów i przeciwności.
Nic, tylko życzyć wam: „oby tak dalej!”.
MS: Amen.

# Justyna Szawłowska