Inwestor i przedsiębiorca dostrzegający biznesowe szanse tam, gdzie inni ich nie widzą albo boją się zaryzykować. W jego życiu zawodowym ciągle procentują umiejętności, które nabył, grając w szachy jako dziecko. „Refleks szachisty” to jednak zdecydowanie nie o nim. Kiedy w jego firmie zakończyła się rutynowa kontrola skarbowa, inspektorki zapytały go ze zdumieniem: „Jak pan to wszystko tak sprawnie ogarnia”?!

Justyna Szawłowska: Mówią o tobie: „Urodzony przedsiębiorca, ale nie menedżer”. Co to znaczy?
Radosław Jarmuła: Myślę, że chodzi o to, że nie lubię zarządzać ludźmi. Wyznaję inną filozofię – wierzę, że każdy jest rozumną, odpowiedzialną jednostką i nie trzeba go prowadzić za rękę, żeby dobrze wykonał powierzone mu zadanie. Wychodzę z założenia, że każdy wie, co ma robić, jest zaangażowany w swoją pracę, zależy mu na wyniku i należy mu zaufać.

To chyba jednak kokieteria. Jako przedsiębiorca masz w swoim portfelu kilka spółek z rozmaitych branż m.in. ubezpieczeniowej czy IT, właśnie wprowadzasz do Polski amerykańskiego giganta branży fitness. I chcesz mi powiedzieć, że doszedłeś do tego nie zarządzając ludźmi, tylko powierzając im zadania, które oni zawsze z pełnym zaangażowaniem wypełniali. Amerykanie powiedzieliby – are you kidding me?!
No dobrze, było w tym odrobinę kokieterii. Nie zarządzam ludźmi, bo tłumaczenie każdemu co ma robić, strasznie mnie irytuje. Prawdą jest jednak to, że nie byłbym w miejscu, w którym jestem teraz, gdyby nie ludzie, z którymi mogę pracować –nie ogarnąłbym tego wszystkiego sam. Niektórzy mówią, że mam umiejętność dobierania sobie właściwych ludzi. Ja nazywam to szczęściem do spotykania ich na swojej drodze.

Jeden z twoich współpracowników mawiał, że ludzie po prostu cię lubią i dlatego pracują tak, by mieć możliwość bycia w twoim towarzystwie jak najdłużej.
Jeśli jest choć cień prawdy w tym, co mówił, to ja się bardzo z tego cieszę. Praca z ludźmi i dawanie im pozytywnych emocji jest tym, co mnie najbardziej w życiu kręci. Także zawodowo. Tym, co przekonuje mnie do wejścia w nowy biznes, jest jakość produktu i perspektywa najlepszej obsługi klienta. Jeśli nie mam przekonania, że dam ludziom coś wartościowego, po prostu w to nie wchodzę.

Przykład?
2011 rok, spotkanie ze znajomym, który podsuwa pomysł: „Radek, jest do odkupienia upadająca spółka dystrybuująca implanty stomatologiczne”. W tamtym momencie od 14 lat siedziałem w branży ubezpieczeniowej. Protetyka dentystyczna? Kompletnie się na tym nie znam. Kolega przekonuje: „Firma jest od 20 lat na rynku, każdy stomatolog korzysta z ich implantów”. Co więc poszło nie tak? Okazało się, że produkt był dobry, ale zabrakło pomysłu na jego sprzedaż. I to mi dało kopa do działania – zainwestowałem w Alpha Bio, która była wówczas na skraju bankructwa. Dziś lekarze uważają nas za firmę implantologiczną z dobrym produktem i najlepszym serwisem obsługi. W przypadku Orangetheory Fitness – postanowiłem sprowadzić je do Polski, kiedy tylko zetknąłem się z tą marką, bo zapragnąłem dać Polakom fitnessowe doświadczenie, jakiego jeszcze nie zaznali.

Brzmi jak naprawdę fajny slogan reklamowy – dobry wujek, który przywozi rodakom prezenty z Ameryki. A tak serio?
Gdy mieszkałem z moją partnerką na Malcie, przyjechała do nas w odwiedziny jej kuzynka, mieszkająca na co dzień w USA. Zaczęliśmy dyskutować o sporcie – ja opowiadałem o moim nurkowaniu, ona o fitnessowym treningu, od którego jest pozytywnie uzależniona. Jeszcze tego samego wieczoru napisałem do Amerykanów z propozycją współpracy. Później okazało się, że nie ja pierwszy interesowałem się Orangetheory Fitness. Nad sprowadzeniem marki do Polski myślał nawet mój znajomy. Zastanawiał się, robił analizy i na tym się skończyło. A mnie intuicja podpowiedziała, że to świetna biznesowa szansa i po prostu zacząłem działać.

Nie przeliczyłeś w ogóle tej inwestycji? Ostatecznie podpisałeś umowę franczyzową na 8 lat, zobowiązując się do otwarcia 30 klubów w całej Polsce. Trudno mi uwierzyć, że to była decyzja totalnie spontaniczna.
Oczywiście, że to wszystko przeliczyłem – żeby podpisać umowę franczyzową, musieliśmy przedstawić Amerykanom dokładny biznesplan. To my musieliśmy ich przekonać, że jesteśmy poważnym partnerem biznesowym. Chodzi mi bardziej o to, jak podejmuję decyzje w biznesie. Najważniejsza jest dla mnie jakość produktu i moja intuicja. Jeśli czuję, że produkt jest dobry i sam chciałbym z niego skorzystać, to po prostu w to idę.

A zdarzyło ci się kiedyś, że twoja biznesowa intuicja cię zawiodła?
Nigdy.

Serio? Żadnych porażek w biznesie, strat, błędnych decyzji? Come on!
Oczywiście, że zdarzają się porażki i stracone pieniądze, ale nigdy nie pomyliłem się co do biznesu jako do całości. Nigdy nie zainwestowałem w coś, co finalnie okazało się niewypałem. Czasem zdarzają się pojedyncze błędne decyzje, które generują na przykład chwilowe straty finansowe, jednak i w tych momentach intuicja mnie nie zawodzi.

Jak to?
Straciłem na przykład kiedyś 700 tys. złotych, płacąc za towar, który nigdy do mnie nie dotarł. Zanim wpłaciłem pieniądze, miałem mocne przeczucie, że zostanę oszukany. Coś mi w tym konkretnym człowieku nie pasowało. Intuicja mnie nie zawiodła, tylko akurat wtedy jej nie posłuchałem. Od tamtej pory staram się już nie popełniać tego błędu.

Jesteś prezesem TUF Group, która obejmuje kilka spółek z całkiem różnych branż – ubezpieczeniowej, IT, healthcare, real estate, teraz fitness. Co trzeba mieć, żeby być w stanie zarządzać tak różnorodnymi biznesami?
Mieć szczęście do ludzi, naprawdę. To nie jest tak, że ja sam osobiście zarządzam każdą z tych spółek. Jestem w pewnym sensie wspólnikiem od rozwiązywania problemów. Gdy coś gdzieś się dzieje, jest telefon: „Radek, jest problem”. I często faktycznie jest tak, że tam, gdzie inni rozkładają ręce i panikują, mnie udaje się zachować spokój, przyjrzeć się sytuacji i znaleźć dobre rozwiązanie. Tę umiejętność ćwiczyłem od dziecka, grając w szachy – ta gra polega na rozwiązywaniu problemów przy czających się dookoła potencjalnych zagrożeniach. Najważniejsze to nie wpadać w panikę.

Nawet jak jesteś kilkanaście metrów pod wodą?
I tu cię zaskoczę, bo akurat tam zdarzyło mi się spanikować! Jestem kilka metrów pod wodą i nagle wydaje mi się, że zaczyna mi brakować powietrza. Zaczynam oddychać coraz szybciej, wpadam w hiperwentylację, a przy okazji w panikę i robię najgorszą rzecz, jaką można w tej sytuacji zrobić – chcę od razu się wynurzać. I choć nurkowałem już w wielu miejscach świata, to do tej pory zdarza się tak, że jak jestem 20 metrów pod wodą, to nagle nachodzi mnie myśl, że jeśli teraz coś pójdzie nie tak, to będzie kiepsko.

No to przyznaj się – w biznesie też zdarza ci się czasem spanikować?
Jak coś pójdzie nie tak podczas nurkowania, to walczysz o życie. A jak coś się nie uda w biznesie, to po prostu stracisz pieniądze. Jednak to są tylko pieniądze. Ludzkie życie, w każdej sytuacji, jest najcenniejsze.

Radosław Jarmuła – przedsiębiorca i inwestor związany m.in. z branżą ubezpieczeń, IT, healthcare, real estate i fitness. Swoją karierę zawodową rozpoczął w 1997 roku, zakładając Towarzystwo Usług Finansowych Jarmuła Radosław (dziś TUF Consulting Polska Sp. z o.o. s.k.). Od 2010 roku rozbudowuje swoją działalność inwestorską jako Prezes Zarządu TUF Group obejmującej przedsiębiorstwa z różnorodnych branż. Od 2011 roku pełni funkcję Dyrektora Klasy A luksemburskiego funduszu inwestycyjnego Robust Lincoln Fund S.A. W 2018 roku zdecydował się dołączyć do projektu Orangetheory Fitness i wprowadzić tę markę na polski rynek.

#Justyna Szawłowska