O cierpieniach grafika w świecie korporacyjnego ucisku, czyli jak szary obywatel korporzeczywistości może ułatwić egzystencję zwykłego człowieka w sferze wizualnej

– O, panie grafik, jaką żeś ładną pan nam tu grafikę machnął, łał, no łaaaał, biorę, od ręki, serio, serio, żadnej popraweczki nie trzeba, no no, kolorki w dechę, kreska jak ulał, forma elegancka, wszystko superos, tak jak ostatnio, zresztą, tak jak zawsze, idealnie, pszepana, siada w punkt, brawo, brak, dzięki, moje szanowanko, oby tak dalej – powiedział nikt nigdy nikomu. Heh…

Smutne, acz prawdziwe, c’nie (?), nasi szanowni graficy, nasze najszanowniejsze graficzki? Normalne i prawdziwe, c’nie (?), wszyscy szanowni, co siedzicie w innym fachu niż grafika?
Stanowisko postrzegania świata wizualnego zmienia ogólną perspektywę nie tylko w pracy zawodowej, ale i w codziennym żywocie. Ładne nie jest równe ładnemu, a brzydkie – brzydkiemu. Poczucie estetyki okazuje się elementem nie tylko względnym na niwie społecznej, ale i na płaszczyźnie logiki prowadzenia erystycznych sporów w pracy zawodowej. Zatem pojawia się pytanie – czy warto?, Czy warto, moje szanowne menedżerki, moi szanowni menedżerowie, toczyć te ciągłe spory o szczegóły projektów graficznych, które zamówiliście u specjalistów z tej dziedziny?
Światowy dzień grafika, już tuż-tuż. A my w Korpo Voice obchodzimy go już po raz drugi i po raz drugi z właściwą nam wrażliwością na problemy korporacyjnego środowiska i wyczuleniem na trudności życia codziennego naszej grupy docelowej. Więc na powyższe pytania postaram się odpowiedzieć z pomocą poniższych przykładów (skonstruowanych z pomocą naszych szanownych konsultantów, grafików z warszawskich i krakowskich korporacji), które w z lekka hiperbolizujący sposób obrazują sprzężenia zawodowe wewnątrz korporacyjnego rzemiosła.

KOLORKI
– A dlaczego to jest seledynowy, przecie ja chciałem morski?
– A co to ma być? Ja nie chciałem jasnej zieleni tylko jasny brąz przechodzący w zieleń…
//
– Idźka, to miał być brzoskwiniowy, a jest morelowy, ewidentnie, no co ty wyprawiasz… No nie da się tego przyjąć…
– Ale to jest brzoskwinia jeden na jeden… Serio, coś ci nie pasuje? Ale chcesz jaśniejszy czy ciemniejszy? Czy jaki tam chcesz bardziej?
– Nooooo… Bardziej brzoskwiniowy… Jak u mojej babci był na wczesną wiosnę w sadzie, no wiesz… no…
Kochani zleceniodawcy z korpo, nie róbcie tego! Po prostu nie. Wielu kolegów i koleżanek (głównie osobników płci żeńskiej) żaliło się, że nie potrafią się porozumieć z grafikiem/graficzką, gdyż „ten/ta nie potrafi dostosować swojego profilu estetycznego do wizji” programowego rzekomego „odbiorcy” (tj. „odbiorcy modelowego”).
Kochane Misiaczki, macie z pewnością niesamowite wyczucie co do kolorystyki, ale uwierzcie – osoba doświadczona w grafice ma większe. Więc, cholera jasna, nie róbcie tego, nie odwalajcie maniany, nie stawiajcie się w roli ostatecznego „mejwena” kolorków. Nie warto i tyle. Nie znacie się aż tak bardzo. Czasami warto po prostu stwierdzić „wiem, że nic nie wiem” i „elo – iksde – XD” niż dowalać się do każdej formy graficznego przekazu, serio. Po prostu weźcie na wstrzymanie, kolor jest względny, a wy nie jesteście największymi teoretykami estetyki na świcie.

CZCIONKA
– No, wszystko super, wszystko fajnie. Bardzo nam się podoba, ale ten… Dałoby się tytuł w comic sans? To taka fajna czcionka. Wiesz, co nie? Taka najlepsza z najlepszych… Heh… Wszyscy ją lubią, mógłbyś coś w ten deseń? Coś takiego cool i chillowego?
– No wiesz, komiks jest dość wieśniacki, więc proponuję coś, co nie będzie odbiegało od „głównego spektrum”…
– Ejjjjjjjjjjjj… Ale ja nie chcę żadnej awangardy, żadnych radykalnych ruchów, niż z tego! Wiesz… Sprawdzone patenty, opłacalne wzorki i właściwe formy, co się klikają! Rozumiesz, c’nie? Wiadomka?

No serio, Misiaczki, nie warto. Dobór fontów to nie karuzela z maskotkami, to nie wybiórczy szajs z wysypiska śmieci. Błagam… Gdy stereotypowy „komiks” wydaje się wam najwyższą półką w sferze estetyki czcionki, to może na serio dajcie na wstrzymanie. Od lat dziewięćdziesiątych czas już mocno poszedł naprzód, więc miejcie to na uwadze kreując wasz wizualny świat czcionek projektowych.
Zatem, jeśli już macie w główce konkretny font, który ma zdobić tekstualną przestrzeń waszego projektu, to po postu zaznaczcie go przed weryfikacją propozycji grafika. To ma najwięcej sensu. Wówczas wykonawca graficzny ma czas (i odpowiednie spektrum imaginistyczne) do zmiany waszych konceptów w docelowy projekt. Babranie się w poprawki graficzne (z myślą o proroczej wizji grafika) nie ma po prostu żadnego sensu, chyba że jesteście jakimiś masochistami, którzy lubią przeciągać robotę w nieskończoność.

ROZMIARKI
–No nie! To to jest za duże ewidentnie!
– Ale że co?
– No tamto!
– Czyli co?
– No to to w środku!
– Czyli ten ludzik?
– Nie, nie!
– Czyli?
– Nie ten ludzik!
– Więc?
– Ten napis!!!
– Ale to twój napis…
– Zwiększ go!!!
– Ale wtedy proporcje się rozjadą…
– Ma być widoczny!1!!!!1!!!!!!
– OK! Ale wtedy całość trzeba pozmieniać.
– NIE! Całość niech zostanie jak jest, nasze logo ma być olbrzymie!!! Nasze logo ma być ponad wszystko, ma być największe!!!111!!!JEDEN111!!!
– Serio?
– Bez żadnych komentarzy proszę! Ma być tak, jak ja mówię!
– Cóż…

I tu dochodzimy do kolejnego punktu, który można uznać tabu. A jest to niewątpliwie jeden z newralgicznych elementów zawodowej komunikacji międzyludzkiej – czyli ROZMIAR. Czy ROZMIAR ma znaczenie – krzyczą nagłówki na plotkarskich portalach. Otóż – zazwyczaj – NIE! Ale gdy rozmiar jest postrzegany bez newralgicznego pojęcia P E R S P E K T Y W Y – to, cholera jasna, taaaak, i tyle!
Na litość boską! Skoro nie potraficie dostosować wymiarów własnych sloganów do całościowych wymiarów grafiki, to po prostu zawierzcie grafikowi i będzie spokój. Serio, Kochani, jeśli chcecie zrobić własne logo bezwzględnie dominujące jeden na jeden na jakimś tam tle, to po prostu zróbcie sobie to na paincie lub innym trywialnym programie dla dzieci, a nie angażujcie w to grafików.
Wiadomo, że prawdziwy przedsiębiorca z kompleksem małego penisa, śmiesznego nazwiska, mało poważnego imienia, kiepskiej nazwy z byłej kooperacji i tak dalej, będzie domagał się wyszczególnienia jego logo na samiejszym wierzchu wierzchu – jak najbardziej się tylko da. Ale, nasza droga korporacyjna wspólnoto, my nie chcemy być januszami biznesu, my nie chcemy świadczyć swą brajankowością i dżesikowatością wobec naszych kontrahentów, więc może po prostu pozwólmy działać tym, co mają do tego predyspozycje. Prawda?

FORMAT I SAVOIR-VIVRE
– O panie, a kto to panu tak zgrafolił? – czy w ogóle ktoś odważył się w ten sposób zapytać??? No chyba nikt, a może powinien?
Kochani niegraficzni pracownicy korpo, kochani zleceniodawcy, jeśli chcecie pytać, to pytajcie! Im wcześniej, tym lepiej. Niestety – jak wynika z naszej ankiety wśród grafików – większość nieporozumień na linii zleceniodawca-grafik wynika ze złej komunikacji między tymi dwoma podmiotami. Więc jak głosi błahy telewizyjny slogan – warto rozmawiać!
Im więcej przesłanek skierujecie w pierwszym zleceniu, im więcej uwag dodacie na samym wstępie, tym ostateczny efekt będzie bardziej „właściwy”. Wielu teoretyków-komparatystów snuje swe teorie percepcji wokół czynności porównawczych, a upraszczając: wielcy filozofowie twierdzą, iż nasze pojmowanie świata konstytuuje się wokół naszych zdolności dopasowywania pewnych cechy rzeczy do innych cechy innych rzeczy. Tak więc – jeśli mamy jakiś odnośnik naszej wizji, to warto o nim poinformować w zleceniu pierwotnego projektu i tyle (TO ŻADEN WSTYD, gdy czerpiemy inspiracje z jakiegoś źródła – to tylko inspiracje).
A kończąc, warto jeszcze wspomnieć: nie bójmy się przyznać przed grafikiem do niewiedzy! Zlecenie, które ślemy do profesjonalisty w sztukach wizualnych, jest tylko „koncepcją”, to grafik ma je przelać na ekran/papier i to jemu powinniśmy zawierzyć nasze idee, więc – kochani zleceniodawcy, kochane korposzczurixy – nie lękajcie się, zawierzcie swój projekt grafikowi, bo WARTO!
#DerekBarłowski