− Ty, Soszyńska, to takim towarem z odzysku jesteś.
− A Ty, Hillar, to niby co?
− Plan jest na to taki, żeby się razem zmarszczyć.
− Trzy randki tygodniowo?! Łatwo nie będzie.
O budowaniu długoterminowych relacji w patchworkowych czasach opowiadają Korpo Voice Magdalena Soszyńska, tancerka i Krzysztof Hillar, nauczyciel wystąpień biznesowych, którzy razem stworzyli „rodzinę z odzysku”.

Oboje macie za sobą nieudane małżeństwa. Sparzyliście się na długoterminowych relacjach. Mimo to znów zaryzykowaliście. Wiecie o czym myślę?
Krzysztof Hillar: Jak długo ze sobą wytrzymają? Bo przecież „jak raz się im nie udało…” albo „jak już raz się rozstali, to dlaczego tym razem miałoby być inaczej”.

No właśnie. Rozstania stały się modne. Nie jest fajnie to „good bye”. Po co się męczyć, zawodzić, rozczarowywać?
KH: Przy okazji rozstania z moją byłą żoną też myślałem: „Nigdy więcej”. A potem poznałem Soszyńską. Dziewczyna w trakcie rozwodu, poturbowana jak ja, w pewnym momencie mówi mi: „Ale ja szukam męża, ja chcę mieć rodzinę, być z kimś tak naprawdę i z tym kimś się zmarszczyć”. I uświadomiłem sobie, że w zasadzie to ja też tak bym chciał. Mimo że poturbowani i po przejściach, to wciąż jednak gdzieś głęboko była w nas ta potrzeba i wiara, że „razem na zawsze” może się udać.
Magdalena Soszyńska: Oboje wchodziliśmy w ten związek z bagażem doświadczeń. Teoretycznie powinniśmy być pełni obaw, ale ja nie byłam, ja czułam, że to jest gość, z którym chcę spędzić resztę życia.
KH: Na początku każdego związku jest: „Tiu, tiu, tiu”. „Kocham cię, Motylku”, „Nie, ty się rozłącz”, „Nie, nie najpierw ty”, „Dobrego dnia, Misiaczku”, „Buziaczki, kochanie”. Chwilę to trwa, jest cudownie, różowo, a potem przychodzi proza życia. Pojawiają się drobne niedogodności, w sumie pierdoły. Jakaś walająca się po podłodze skarpetka, niedokręcona pasta do zębów. Najpierw to prześmiewamy. Lekceważymy. Takie pierdoły nas przecież nie bolą. Ale czas mija i w pewnym momencie zauważamy, że raptem te pierdoły, stają się dla nas serio ważne. Pojawia się złość. Pierwsze kłótnie. Ale nawet wtedy często przechodzimy jakoś nad tym do porządku dziennego. W końcu to przecież „pierdoły”, „wszyscy się kłócą”, „nie ma tragedii”. Niestety jeśli i to zlekceważymy, zaczyna się etap trzeci. Odrzucenie i generalizacja. Złość eskaluje. Padają duże słowa: „bo ty zawsze…”, „bo ty nigdy…”. Ta faza może trochę trwać. Ale w końcu bańka pęka. I wtedy przechodzimy do fazy czwartej. Wszelkie sztormy i burze cichną. Na zewnątrz para jawi się jako przykład idealnego związku, tymczasem wewnątrz jest obojętność. Każde z nich żyje swoim życiem. I najczęściej któreś z nich mówi „dość”.

W punkt. Macie receptę na przełamanie takiego schematu?
KH: Kiedy wchodziłem w związek z Soszyńską, dużo się nad tym zastanawiałem. Myślałem o tym, jak po raz drugi nie popełnić tych samych błędów. Doszedłem do wniosku, że clue tego wszystkiego, to nigdy nie dopuścić, by nasz związek wszedł w fazę trzecią. A żeby do tego nie doszło, to trzeba gadać, komunikować się, dlatego z rodziny z odzysku stworzyliśmy rodzinę w kontakcie. To bycie ze sobą w kontakcie jest kluczowe.
MS: Przyjęliśmy zasadę, że wieczorami, nie idziemy spać bez przegadanych spraw, więc trzymamy się tego bez wyjątku. Codziennie. Nawet jak coś jest naprawdę nie tak, Hillar nie odpuszcza, potrafi wiercić mi dziurę w brzuchu, aż się dowierci. Dotąd dopytuje, co tam mnie gryzie pod skórą, póki się nie przebije i nie wyciągnie tego ze mnie. Na dany moment to jest bardzo, bardzo irytujące, ale z perspektywy czasu po fakcie zawsze jestem mu naprawdę wdzięczna.

Zauważyłam, że w wielu związkach, w pewnym momencie nagle ci kochający się dotąd ludzie, zaczynają traktować się z nieufnością. Wydaje im się, że wszystko, co robi czy mówi druga strona, robi celowo, po to żeby zranić. Przyjaźń zamienia się we wrogość.
KH: Taka sytuacja powstaje, gdy zaczynamy nadawać własne znaczenia temu, co robią inni. Pamiętam jak na początku naszego związku Soszyńska powiedziała” „Hillar, ja chcę mieć trzy randki tygodniowo”. „Co?!” – pomyślałem sobie. – „Ten związek nie ma szans! Że niby jak ona to sobie wyobraża?! Trzy razy w tygodniu mam wymyślać super atrakcje, mewy zamawiać?! Kto ma do tego głowę i siły?!”. Ale potem postanowiłem dopytać: „A co właściwie znaczy dla ciebie randka”. I Soszyńska powiedziała: „No, wiesz, to jest czas tylko we dwoje, wspólny wieczór, wspólne robienie sałatki, herbata czy wino, czas tylko dla siebie, nawet godzina bez telefonów i innych spraw, które zawsze mamy na głowie”.
MS: Hillarowi nie mieściło się w głowie, że tak można postrzegać randkę. Mężczyznom wydaje się, że kobiety są strasznie skomplikowane, że mają mnóstwo nierealnych oczekiwań. A tu się okazuje, że wystarczy pogłaskać, docenić, powiedzieć dobre słowo, że nie chodzi o fajerwerki. Chodzi o uwagę i o to, żeby dopytać co jest dla nas ważne, czego potrzebujemy i kiedy czujemy się szczęśliwe i kochane.
KH: Okazało się, że mogę zapomnieć o tym, że jak kupię Soszyńskiej wypasione auto, to zyskam jej dozgonne oddanie. Na Soszyńską to nie działa. Za to jak zapomnę o kwiatku, o głupim, kurde, kwiatku, to jest tragedia. I teraz myślę sobie raczej: „Hillar, jak mogłeś zapomnieć o tym kwiatku, przecież to nie jest taka wielka rzecz”. Dla Soszki kwiatek jest mega ważny, mnie na niej cholernie zależy i dlatego chcę o tym pamiętać, a nie przekonywać ją, do przyjęcia mojego stosunku do kwiatków.

Z tego, co mówicie, istotą jest uważność na drugiego człowieka?
MS: Uważność i słuchanie tak, żeby go usłyszeć. Zrozumieć jego potrzeby, obawy, a nie zakładać coś z góry, nie forsować na siłę własnego wyobrażenia na jakiś temat. Jeśli trzeba, dopytać. Drążyć, tak jak to robi Hillar i nie dawać za wygraną, nie poddawać się.

No dobrze, ale takim drążeniem, zwłaszcza gdy druga strona akurat nie ma ochoty gadać, można jeszcze bardziej skomplikować sytuację.
KH: I w takich chwilach jestem w stanie poczekać, aż opadną emocje i do głosu znów dojdzie rozsądek. Pozwalam Soszyńskiej się wykrzyczeć, wyzłościć, ale potem i tak siadamy, i gadamy.

I nie eskaluje w tobie złość kiedy ona tak krzyczy?
KH: Jeśli nie patrzysz na czyjeś krzyki z egocentrycznego punktu widzenia, nie bierzesz ich do siebie, tylko patrząc, widzisz kogoś, kto jest w emocjach i z jakiegoś powodu mu źle, to nie rodzi się w tobie agresja, tylko raczej chęć pomocy.

A może nie potrzebuje pomocy, tylko krzyczy, bo jest zwyczajnie na ciebie wściekła, gdyż coś przeskrobałeś?
KH: I tak się zdarza. I wówczas się kajam, a jak trzeba to staję pod oknem i śpiewam serenady. Nie ma lekko.

To wycie pod oknem też z czasem może zbrzydnąć.
MS: Na szczęście Hillar ma bogaty repertuar. Poza tym jak nie może wejść drzwiami, atakuje okno. I ta jego determinacja na mnie działa. Nawet jak wydaje się, że zabiłam wszystkie otwory gwoździami, tak że wykałaczki nie wścibisz, to w końcu on znajduje sposób, żeby ta twierdza zaczęła się kruszyć.
KH: Zwykle kiedy widzę, że jest coś nie halo i pytam: „Soszyńska, co się dzieje?”. Pierwsze, co słyszę to: „Nie wiem”. Mógłbym to tak zostawić i odejść. Ale zależy mi na Soszyńskiej, bo to wspaniała kobieta jest i planujemy razem się zmarszczyć, więc nie odchodzę, tylko drążę. Z czasem Soszyńska uchyla lufcik i możemy się skontaktować, wspólnie poszukać rozwiązania.

Dlaczego tego, o czym mówicie nie udało się wam osiągnąć w poprzednich związkach?
KH: Dobre pytanie. Myślę, że nie wiedzieliśmy tego wszystkiego, co wiemy teraz. Że pewnych działań zaniechaliśmy, z innymi się zapędziliśmy. Zbyt daleko pozwoliliśmy sobie oddalić się od fazy: „tiu, tiu, tiu” i okazało się, że nie ma już do czego wracać.
MS: Poza tym dziś w tym pędzie, w jakim żyjemy zbyt wielu z nas, zbyt łatwo sobie odpuszcza. Zatracamy też chyba priorytety. Gubimy się, tracąc z oczu to, co naprawdę ważne. Potrafimy zaciekle walczyć o cele zawodowe, awans w pracy, o klientów, ale już nie o rodzinę, o relacje z najbliższymi. A potem budzimy się kiedy już nie ma czego zbierać.
KH: Dlatego dziś lubię myśleć o słowie „miłość” nie jak o rzeczowniku, tylko jak o czasowniku. Według mnie miłość to przede wszystkim działanie. To ciągła praca. Jak sobie odpuszczasz, jak zawalasz, to zupełnie jak w pracy, wyniki lecą w dół, klienci odchodzą, wypadasz z gry.

#Izabela Marczak