Angielski skrót „WTF?” nie ma po polsku dobrego odpowiednika. „Ale jak to?” czy „co, u licha?” nie do końca oddają znaczeniową głębię i dosadność szorstkiego „what the fuck?”. Jednak sytuacje, w których ten zwrot ciśnie się na usta, zdarzają się w kraju nad Wisłą notorycznie, a w korporacjach zwłaszcza. Jak to ogarnąć?Pewien menedżer – nazwijmy go dla porządku Janem – został zaproszony do wspierania pewnej zacnej inicjatywy, nazwijmy ją dla porządku Projektem X. Przygotowania do startu projektu trwały rok. Jan udzielał się na projektowych telco, wychodził z wartościowymi inicjatywami, demonstrował zaangażowanie, brał na siebie commitment i oferował support, zaproponował nawet, że może zostać jedną z „twarzy” Projektu X, gdy już ruszy komunikacja do pracowników.
Projekt wystartował, a w firmowym intranecie zdjęcie uśmiechniętego Jana witało pracowników w poniedziałkowy poranek, zachęcając do czytania o korzyściach, jakie z Projektu X płyną dla wszystkich. Minęły dwa dni. Jan zajrzał do intranetu i ze zdumieniem odkrył tam swoje własne zdjęcie, w dodatku (o zgrozo!) pod artykułem o jakimś Projekcie X. Zaczął czytać, o co w tym projekcie chodzi. Z każdym kolejnym zdaniem narastało w nim oburzenie. Niewiele myśląc, napisał mail w wyjątkowo ostrym tonie do menadżera Projektu X, z kopią do: członka zarządu, działu komunikacji, działu HR oraz menadżera compliance. Wyraził w nim swoje oburzenie tym, że nikt go o Projekcie X nie informował, że pierwsze słyszy, że nie ma z tym nic wspólnego i że z jakiej racji jego wizerunek i nazwisko zostały w tak niecny sposób wykorzystane do nie-wiadomo-jakich celów.
W innej firmie pewien dyrektor – nazwijmy go dla porządku Krzysiem – miał pod sobą sześciu menedżerów. Pewnego dnia uznał, że przydałoby im się szkolenie z przywództwa, najlepiej jednodniowe. Żeby było taniej, zorganizowano je w salce konferencyjnej w biurze. Żeby było skuteczniej, zaproszono do niego znaną firmę szkoleniową. Godzinę po rozpoczęciu szkolenia Krzyś polecił asystentce, żeby wezwała natychmiast wszystkich jego menedżerów. Miał z nimi do omówienia bardzo ważną i pilną sprawę. Nie chciał słyszeć wymówek, że są na jakimś szkoleniu, mają przyjść i koniec. A więc przyszli. Siedzieli u niego bite pięć godzin. A prowadzący szkolenie cierpliwie czekał w pustej salce konferencyjnej.
Następnego dnia ktoś życzliwy doniósł Krzysiowi, że jakaś firma szkoleniowa nie dość, że cały dzień zajmowała bezprawnie salkę konferencyjną, to jeszcze przez większość czasu na szkoleniu nikogo nie było. Krzyś uznał taką praktykę za skandaliczną i niedopuszczalną. Niewiele myśląc, napisał do firmy szkoleniowej pismo z żądaniem nieodpłatnego powtórzenia szkolenia, gdyż nieobecność „znacznej części” uczestników niezbicie świadczy o fatalnej pracy firmy szkoleniowej, skoro nawet prostego jednodniowego szkolenia nie potrafią skutecznie zorganizować.
W jeszcze innej firmie pewien pracownik – nazwijmy go dla porządku Zbyszkiem – zapałał do swojego szefa wielką przyjaźnią. Proponował szefowi wspólne wyjścia na piwo, zapraszał na grilla, namawiał na wyprawę na ryby. Szef początkowo nieufnie podchodził do tych propozycji, ale z czasem udało się przełamać lody i od czasu do czasu zgadzał się na propozycje Zbyszka. Okazało się, że obaj mają wspólne sportowe pasje oraz dzieci w podobnym wieku. Zbyszek zwierzał się szefowi z osobistych problemów, z czasem szef zaczął też zwierzać mu się ze swoich. Zbyszek stał się najbardziej zaufanym współpracownikiem swojego szefa, a wszystkim ludziom w firmie przy każdej okazji powtarzał, że ma najlepszego szefa na świecie.
Pewnego dnia Zbyszek dostał bardzo atrakcyjną ofertę pracy od konkurencji. Przyjął ją bez wahania, ponieważ oznaczała dla niego wzrost zarobków o ponad połowę. Następnego dnia przyszedł do pracy bardzo oburzony na swojego szefa. Ostentacyjnie wręczył mu wypowiedzenie i aż do ostatniego dnia swojej pracy nie odezwał się do niego ani słowem. Był obrażony. Nie omieszkał też rozgłosić w firmie informacji, że jego szef jest tyranem, że niszczy psychicznie pracowników, kłamie, manipuluje, że generalnie lepiej go unikać, bo nie da się z nim normalnie współpracować.
A teraz konkluzja. Nieznane są ścieżki korporacyjnego losu. Jak mawiał pewien Partner Zarządzający w bardzo dużej i znanej firmie: expect the unexpected, czyli: spodziewaj się niespodziewanego. Życie w korpo pełne jest zaskakujących zwrotów akcji. Może dlatego niektórzy twierdzą, że takie życie jest nieustanną przygodą.
#Zdzisław Puzon