Coraz częściej słyszy się historie ludzi, którzy z dnia na dzień postanawiają odejść z korporacji, ale zazwyczaj robią to dlatego, że dostali lepszą propozycję lub mieli pomysł na swój biznes. Ona nie miała żadnego konkretnego pomysłu. Po prostu nie było jej już po drodze do Mordoru. O tym jak spełniły się jej najskrytsze marzenia, kiedy rozpoczęła pracę poza korporacją rozmawiamy z Warszawianką Flancowaną czyli Zosią ZabrzeskąCo właściwie oznacza określenie Warszawianka Flancowana i jak się narodził Twój pomysł na prowadzenie bloga pod tym tytułem?

Zosia Zabrzeska:
Kiedy zadzwonił do mnie rekruter z informacją, że dostałam pracę, kupowałam dżinsową ramoneskę. Pamiętam, że bardzo się ucieszyłam, bo to oznaczało wyjazd do miasta, które od zawsze było mi szczególnie bliskie. Warszawa przyciągała mnie jak magnes. Głównie dzięki opowieściom mojej Babci, która spędziła w niej swoją młodość – tu poznała i pokochała mojego Dziadka. Nie bez znaczenia był także fakt, że również moja mama bardzo lubiła Warszawę i dbała o to, abyśmy odwiedzali ją systematycznie. Zaledwie kilka dni po przyjeździe do Warszawy, zamieszkałam przy placu Bankowym i rozpoczęłam pracę w jednym z biurowców w warszawskim Mordorze. Od tej pory dosłownie chłonęłam to miasto, z każdym dniem czując z nim coraz silniejszą więź. Wykorzystywałam każdą chwilę, aby poznać Warszawę lepiej. Wkrótce po tym narodził się pomysł stworzenia Warszawianki Flancowanej, czyli bloga opisującego miasto z perspektywy osoby przyjezdnej. Kadrowy sposób postrzegania rzeczywistości, to w pewnym sensie myśl przewodnia, ale też sposób na życie, pozwalający cieszyć się teraźniejszością i doceniać to, co dzieje się tu i teraz. Nazwa bloga powstała podczas jednego ze spacerów z moją przyjaciółką, podczas, którego powiedziała mi, że na kogoś takiego jak ja mówi się, że jest flancowanym warszawiakiem, czyli takim, który nie pochodzi stąd, ale kocha to miasto tak bardzo, że stał się jego częścią.

Praca w korporacji daje większe możliwości rozwoju i stabilizacji finansowej młodej, przyjezdnej dziewczynie. Co się stało, że z dnia na dzień, postanowiłaś ot tak, odejść?
Tak naprawdę, miejskie życie warszawskie podobało mi się nawet tu – w Mordorze, pośród szklanych wieżowców, w przemysłowej dżungli. Co ciekawe, ludzie pracujący przy Domaniewskiej tworzą pewną społeczność, choć trzeba przyznać, że dość charakterystyczną. Z jednej strony panuje tu atmosfera wzajemnej życzliwości i świadomość tego, że jesteśmy częścią pewnej rozpoznawalnej w całej Polsce całości, z drugiej strony zdarzają się i takie sytuację kiedy ludzie mijający się na korytarzu nie mówią sobie dzień dobry… Przez kilka lat byłam asystentką zarządu w jednym z tutejszych funduszy vc i trzeba przyznać, że miałam wielkie szczęście do współpracowników. Poranki zaczynaliśmy od wspólnej kawy, tworząc kilkuosobową „grupę kawową”. Tej pracy zawdzięczam przyjaźnie i kilka naprawdę fajnych relacji. Z czasem zdałam sobie jednak sprawę z tego, że ta przestrzeń korporacji się już dla mnie wyczerpała, że brakuje mi możliwości rozwoju i realizowania swoich pasji… Kilka tygodni wcześniej złożyłam wypowiedzenie. W Warszawie coraz częściej słyszy się historie ludzi, którzy z dnia na dzień postanawiają odejść z korporacji, ale zazwyczaj robią to dlatego, że dostali lepszą propozycję lub mieli pomysł na swój biznes. Ja nie miałam żadnego konkretnego pomysłu. Po prostu nie było mi już po drodze do Mordoru.

Zdradź w takim razie czym jest ta pasja i jak to się stało, że nareszcie możesz ją realizować.
Pewnego niedzielnego wieczoru, przeglądając media społecznościowe, natknęłam się na post opublikowany na tablicy jednego z moich ulubionych sklepów z ubraniami. Właścicielka zapytała czytelniczki, w którym mieście powinna otworzyć swój kolejny butik. Nie zastanawiając się długo odpisałam – w Warszawie! Przypomniałam sobie wtedy, że kiedy mieszkając w Katowicach odwiedzałam ModoManię czułam się jak Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Nie tyle dlatego, że było tam aż tak luksusowo, ale przede wszystkim dlatego, że było tam estetycznie, pięknie i miło. Przychodziłam po to, aby odpocząć, odetchnąć od codzienności i poczuć się kobietą – w atmosferze, która otulała pięknem i ciepłem. Dość długo brakowało mi podobnego miejsca w Warszawie, dlatego stosunkowo rzadko robiłam tutaj zakupy. Tym bardziej było to dla mnie zaskakujące, że nieraz wspominałam opowieści mojej kochanej Mamy i Babci, które przyjeżdżały do Warszawy, aby uzupełnić i odświeżyć garderobę. Ich docelowym adresem była oczywiście Moda Polska, ale także rozmaite butiki przy ulicy Chmielnej (wtedy właściwie Rutkowskiego, ale moja Babcia nie uznając ówczesnej nomenklatury była wierna pierwotnej nazwie ulicy). Kilka perełek w postaci swetrów i eleganckich koszul przetrwało w naszym domu do dziś i są rzeczowym dowodem świetnej jakości wykonywanych wówczas materiałów. W pewnym momencie z tych wspomnień wyrwał mnie charakterystyczny sygnał przychodzącej wiadomości. Na wyświetlaczu telefonu pojawił się komunikat: marzę o otwarciu sklepu w Warszawie, ale nie mam tam nikogo, kto mógłby go poprowadzić… Spojrzałam raz jeszcze na przeczytany przed chwilą tekst i uśmiechnęłam się sama do siebie. Odpisałam natychmiast: nieśmiało proponuję siebie. Po Dziadku mam zmysł handlowca, a po Mamie poczucie gustu… Minęło raptem kilka tygodni, a my dokańczając croissant’y z mleczną czekoladą we francuskim bistro na placu Grzybowskim sprawdzałyśmy na zegarku ile czasu dzieli nas od podpisania umowy wynajmu lokalu, w którym zamieszka ModoMania Flancowana. Nazwa stała się dla nas oczywista, już podczas naszej pierwszej rozmowy telefonicznej, w której przypomniałam Ilonie, że od kilku lat prowadzę warszawski blog, że jestem Flancowana i kocham to miasto, jak swój dom. Wiedziałyśmy, że zależy nam na stworzeniu miejsca, które w pewnym sensie przyjeżdża ze Śląska, aby tu zamieszkać i zaprosić do siebie wszystkich, którzy będą chcieli je odwiedzić. Śląska gościnność i warszawski szyk – stąd też nieprzypadkowe wydało nam się wybranie lokalizacji usytuowanej w centrum osiedla tętniącego życiem. Idąc wzdłuż jednego z budynków na Żoliborzu nagle dotarłyśmy do witryny z zawieszonym na niej plakatem: LOKAL DO WYNAJĘCIA! Kiedy z niego wyszłyśmy plakatu już nie było, umowa została podpisana! Z radością wymalowaną na naszych ustach pobiegłyśmy przed siebie, do sąsiadującej z nami restauracji. Lampka prosecco wzmogła w nas tę radość, ale także i głód, dlatego już po chwili zamówiłyśmy mule rekomendowane przez tamtejszego szefa kuchni! Czułyśmy smak szczęścia, choć wiedziałyśmy, że to dopiero początek. Tak właśnie jest z marzeniami. Te najpiękniejsze czasem się spełniają – trzeba tylko wiedzieć, czego tak naprawdę się chce i wierzyć, że przyjdzie taki dzień, albo lepiej – przyjedzie pociągiem z Katowic ktoś, kto razem z nami je zrealizuje…

Nie żałujesz odejścia z korpo?
Z sentymentem będę powracać do wspomnień związanych z Mordorem, bo tu spędziłam swoje pierwsze warszawskie lata i stosunkowo dużo się tu nauczyłam. Jednakże projekt związany z ModoManią przyszedł do mnie w odpowiednim momencie i wyszedł naprzeciw większości moich oczekiwań. Zmiana przemysłowego Służewca na zielony i artystyczny Żoliborz jest tylko jednym z wielu pozytywnych czynników. Tym najważniejszym natomiast bez wątpienia jest możliwość realizowania swoich pasji i rozwijania swoich talentów. Wszystkim czytelnikom Korpo Voice, życzę, aby znaleźli właśnie taką pracę marzeń!

# Justyna Szawłowska