Jestem jedną z tych osób, które często widziały w swojej korpoobecności całkowitą pomyłkę losu. Seria przypadków, na skutek której czujesz się wśród kolegów finansistów jak czarna owca, mimo że masz to samo wykształcenie. No niby skończyło się to SGH, po którym większość osób ląduje w finansach lub konsultingu i już się poszło, jak reszta, na trzecim czy czwartym roku do korporacyjnego imperium. Starasz się, dajesz radę, nieraz stres wyniszcza zdrowie, ale trzeba być twardzielem, czyli iść w kierunku całkowicie niezgodnym ze swoją osobowością, no bo tak wypada. Poza tym, gdzie bardziej stabilnie zarobisz na chleb? Tak, znam te myśli na pamięć. Lubiłam babrać się w błotku, w które sama się wpakowałam, bo uwierzyłam w wagę targetów, tyle że zupełnie nie moich. Brak satysfakcji w życiu zawodowym wymagał rekompensaty. Nie wiem kiedy i jak to się stało, ale pamiętam, że obcowanie ze światem parasportu stało się częścią mojego życia przez przypadkową znajomość na słynnym SGH, no bo gdzie indziej. Łańcuch zdarzeń doprowadził mnie do realizacji pasji reporterskiej z udziałem osób dotkniętych niepełnosprawnością ruchową. Dla jasności, to zupełnie inna bajka niż hasła społecznej odpowiedzialności biznesu i inne twory marketingu. To nie ja pomagałam tym ludziom, to oni podnosili mnie. Czemu?

Kiedy ciśniesz multitasking, jak KorpoHonor nakazuje i wiesz, że przekraczasz granice własnej wytrzymałości, czujesz się słabym i cienkim zawodnikiem. Zadajesz sobie pytanie, czy to tylko złudzenie, czy faktycznie jesteś nie w pełni sprawny na tle kolegów – trybików. Coś jest z tobą nie tak. Koleżanka spędza dwanaście lub trzynaście godzin codziennego życia w biurze, a ty bezczelnie śmiesz marzyć o innym scenariuszu, o czasie na realizację twórczych pomysłów, o chwile z ludźmi, nie z biurokracją i ekranem. Wisienką na torcie staje się poczucie, że coraz częściej cierpisz na osłabienie, zawroty głowy, będące skutkiem przepracowania, a inni wydają się być stalowi. Wszystko kotłuje się w tobie tak mocno, że z miesiąca na miesiąc wychodzisz do pracy i wracasz z niej w nastroju boksera. No bo w końcu nie dość, że trzeba przygotować się na atak KorpoPrzeciwnika to trzeba mieć w zanadrzu kilka strategii obronnych na każdy dzień. Nagle w trakcie realizacji reportaży, ze świata wyścigu i pozorów przenosisz się do rzeczywistości szczerych ludzkich twarzy. Twarzy, które potrafią akceptować porażki i nie zamiatać ich pod dywan, osobowości, które nierzadko pokonały w swoim życiu etapy załamań nerwowych i tylko dzięki własnej woli rozpoczęły pasjonującą drogę pasma sukcesów sportowych. Wychodzisz z biurowca, ukradkiem niosąc skrywany pod biurkiem statyw i kamerę. Wybierasz się na trening drużyny rugby na wózkach – Four Kings na drugim końcu miasta. Wchodzisz na halę sportową i czas zatrzymuje się w miejscu. Widzisz zaciętą walkę, zaciskanie zębów, upadki, złość zmieszaną z zawziętością, a w przerwach dostrzegasz salwy wzajemnego śmiechu. Przypominasz sobie, że szczere emocje istnieją, nie tylko maski.

Z czasem coraz lepiej poznajesz każdego z zawodników i widzisz, że mimo drużyny, każdy jest odmienny w swojej reakcji na sportowe wyzwania, wobec swoich słabości oraz narzucanych sobie poprzeczek. Trener drużyny zdradza ci, że wychowuje młodych zawodników zgodnie z mottem: porównywanie się do innych, zwłaszcza na początku sportowej przygody, jest destrukcyjne. A jeszcze gorsze jest obdarowywanie naganami samego siebie za popełnione błędy lub strach przed ich zaistnieniem. W takich momentach zastanawiałam się, czy to na pewno mowa o rugby, czy to już sesja terapeutyczna zabezpieczająca mnie przed całkowitym zaprzedaniem duszy biurowej rzeczywistości. Kilka miesięcy później poznaję niewidome tenisistki, które pracują, bawią się i wyznaczają sobie cele zawodowe, jak każdy z nas. Po raz drugi miałam wrażenie, że to one ukazują mi odpowiednią perspektywę patrzenia na swoje życie. Nigdy nie osądzają siebie, gdy odnotują mniej trafień, a jedynie wykorzystują to jako wskazówkę treningową. Podkreślają, że poczucie własnej wartości leży w naszych rękach, a dystans do opinii innych, tworzy przestrzeń do szacunku i coraz to lepszego poznawania i wyrażania siebie. Podkreślają, że tak rzadko ukazuje się niepełnosprawnych sportowców jako zwyczajnych ludzi, zbyt często jako sztucznie pompowanych bohaterów.

W tym miejscu dla nich: „chapeau bas”. Nie radziłam sobie z codziennością, bałam się zaszufladkowania w zwyczajności w świecie, który goni za sensacją i nadzwyczajnością. Nie patrzę na parasportowców, którzy stali się moją inspiracją jak na niezwykłe okazy bohaterstwa, postrzegam ich jako osobowości, które poszerzyły moje horyzonty, pozwoliły mi odkazić się od zmanierowania środowiska biznesowego i przypomniały, że błąd to nie wyrok. Być może popełniłam w swoim życiu wiele błędnych decyzji, to jednak nie powód, by gardzić sobą w lustrze. Tego życzę również Wam. Jeśli czujecie się jak zaprzeczenie samego siebie w swojej codziennej rzeczywistości, z pewnością coś jest nie tak. Czasem lepiej pozwolić sobie krzyczeć i wyrażać emocje niż żyć w ciągłym gorsecie profesjonalizmu. Wolę człowieka, który nie boi się złości i łez niż tego, który nie czuje już nic, zwie się twardo stąpającym po ziemi i nie zdaje sobie sprawy, że w swojej znieczulicy to on popada w największy obłęd.

Wielu z Was oprócz pracy ma także obowiązki rodzinne i stos innych. Macie prawo pytać, po co dokładać sobie kolejne w formie wolontariatu? Muszę przyznać, że bardzo nie lubię tego określenia. Schematycznie przyjęło się kojarzyć wolontariat z pomocą, okazaniem dobrego serca, skrajnie litością. Ja to postrzegam zupełnie inaczej. Nie chodzi tylko o zachowanie zdolności myślenia o perspektywie drugiego człowieka, która w przeciętnym KorpoTeam jest równie mało prawdopodobna co wizyta „obcych”. Sęk w tym, że wychodząc do środowisk innych niż znajomi z biznesu, dajemy sobie szansę na uniknięcie niekorzystnej zmiany w naszym zachowaniu i osobowości lub jej spowolnienie. Puentą mogą tu okazać się słowa mojej starszej stażem koleżanki, która jako doktorantka psychologii, a więc osoba znająca się na rzeczy, wyznała: „Miałam sześciu przyjaciół w paczce. Kilka lat po tym, jak poszli do korporacji istnieje dla mnie już tylko jeden – ten, który zrezygnował po dwóch latach, nie po dziesięciu. Ci ludzie przestali umieć rozmawiać o czymś innym niż korporzeczywistość, to już były inne, obce dla mnie osoby, których świat zawęził się nieodwołalnie”. Chyba chcemy innego scenariusza?

#Pamela Kozioł