Ziemia deszcz pije, ziemię drzewa piją,
Z rzek morze, z morza wszytki gwiazdy żyją.
Na nas nie wiem, co ludzie upatrzyli,
Dziwno im, żeśmy trochę się napili.

Te piękne słowa niemal pół tysiąca lat temu zapisał w pierwszej księdze fraszek Jan Kochanowski, wybitny humanista epoki renesansu, poeta nadworny Stefana Batorego, sekretarz królewski, znakomity tłumacz – niewątpliwie człowiek mądry. Zatem jeśli tak zacna postać w swoich genialnych utworach porusza kwestię społecznego wymiaru picia alkoholu, to znaczy, że problem jest poważny, istotny, ponadczasowy tudzież uniwersalny.

Jak pić? Co pić? Gdzie pić? Ile pić? Z kim pić? Niby zwykłe chlanie, ale problemów z tym co niemiara, a tym bardziej, gdy przyjdzie nam uskutecznić docelowo kulturalną libację z naszym przełożonym. No bo w takich okolicznościach klasyczne „Ze mną się nie napijesz?” – urasta do rangi pytań ostatecznych, decydujących, niemalże na śmierć i życie. Ale nie martwcie się, bo naszym ekspertom udało się rozebrać ten temat na części pierwsze.

Pić albo nie pić – oto jest pytanie

Rzecz jasna, elementarne pytanie w niniejszym temacie to: „pić czy nie pić?”. A odpowiedź na powyższą zagwozdkę brzmi: „to zależy…”; a uściślając: „to zależy od szefa…”. Aczkolwiek, wbrew pozorom, tych zależności jest tu zdecydowanie więcej.
– Wszystko zależy od szefa, wszystko zależy od firmy, od kultury, jaka tam panuje, od tego, czego potrzebują pracownicy, a czego szef – podkreśla Izabela Kielczyk, psycholożka biznesu. I wydawałoby się, że każdy pracownik powinien być świadom tych „domyślnych obostrzeń”, jednak w praktyce wszystko sprowadza się do intuicji czy też wyczucia sytuacji, bo przecież oficjalnego regulaminu picia z szefem nikt w korpo nie rozpisuje – a szkoda, bo warto by te sprawy jakoś w teorii ogarnąć.

Justyna Szawłowska, redaktorka naczelna „Korpo Voice”, na podstawie własnego doświadczenia oraz relacji pracowników biurowych przedstawia następującą systematykę korpolibacji: – Rozróżniam trzy momenty picia z szefem, czy ogólnie imprezowania w gronie pracowników. Pierwsza opcja występuje, gdy pijemy z szefem, którego lubimy. Wówczas wychylenie kilku głębszych oczywiście nie zaszkodzi. W takiej sytuacji raczej nie grożą nam żadne negatywne skutki wewnątrzkorporacyjnego upojenia. Co więcej, alkohol może nam wtedy pomóc w zawiązywaniu czy zacieśnianiu relacji z resztą teamu. Bo przecież spotkania z szefem to nie tylko imprezy firmowe, ale i spontaniczne wyjścia po fajrancie w gronie pracowników. Jeśli na takie wypady zapraszany jest też szef, to oznacza, że mamy super atmosferę w zespole i nie musimy się martwić ewentualnymi konsekwencjami suto zakrapianego iwentu. Jednak istnieje też druga opcja, gdy szefa nie lubimy, a musimy udać się z nim na wspólne imprezowanie. W takiej sytuacji zdecydowanie odradzam sięganie po alkohol. Wiadomo, w stanie upojenia puszczają nam hamulce, nabieramy odwagi i robimy rzeczy, na jakie z trzeźwym umysłem nigdy byśmy sobie nie pozwolili. Konsekwencje upicia się w towarzystwie nielubianego przez nas szefa mogą okazać się opłakane. Na własne oczy widziałam, gdy w takiej właśnie sytuacji pracownik dał swojemu przełożonemu po mordzie. Następnego dnia szef jakoś to rozwiązał w prywatnej, ostrej rozmowie, ale niesmak i tak pozostał. Z kolei trzecia opcja korporacyjnych libacji z przełożonym występuje, gdy to przełożonemu puszczają hamulce. Wtedy wszystko może się zdarzyć – kąpiel w basenie o 4 nad ranem, zamówienie limuzyny, tańczenie na barze itd. Wówczas, jeśli atmosfera jest dobra i wszystko dzieje się w granicach prawa, to nie wiedzę problemu, by „wejść do gry” – stwierdza bezapelacyjna „królowa polskiej korpoprasy”.

Sky is not the limit

I wszystko byłoby jasne i przejrzyste, gdyby nie jeden „mały” szkopuł. Bo choć mówimy tu o binarnej relacji na linii my-szef, to w rzeczywistości decyzja o piciu z szefem oddziałuje na cały team i dotyczy szeregu kolejnych relacji wewnątrz naszego biura. Weźmy na przykład sytuację z pijanym szefem, który pod koniec imprezy skacze do basenu w nowym garniturze od Armaniego. Dla nas może być to coś zabawnego, coś zacieśniającego relacje w grupie i wprowadzającego koleżeńską atmosferę w naszych korporacyjnych relacjach. I nawet jeśli większość uczestników imprezy ma podobne zdanie, to zazwyczaj znajdzie się kilka osób, które odbiorą zachowanie szefa jako niesmaczne. Wtedy mamy do czynienia z cichym konfliktem, który niewątpliwie wpływa na dalsze relacje w zespole, co przekłada się również na pracę.

– Często jest tak, że owa szalona impreza z szefem, która miała „coś otworzyć”, ostatecznie faktycznie „coś otwiera”, lecz jednocześnie rodząc pewien konflikt – przestrzega Izabela Kielczyk.

Gdyby tylko dało się odseparować imprezowe ekscesy od biurowego żywota, to nie byłoby problemu, jednakże maksyma „what happens in Vegas, stays in Vegas” nie obowiązuje w korporacyjnym świecie, a zachowanie „higieny relacji biurowych” jest absolutną podstawą zdrowego i wydajnego funkcjonowania teamu… i nie tylko teamu.

– Z naszych badań wynika, że takie kwestie jak relacja pracownika z szefem, atmosfera w pracy i kultura organizacji, którą każda zakrapiana impreza również predestynuje, stanowią element przyciągający do pracy w danych organizacjach bądź odpychający, gdy pewne granice na linii pracownik-szef zostały niepoprawnie ustalone lub kiedy nie ma ich wcale – zwraca uwagę Karolina Lis, ekspertka do spraw rynku pracy z Hays Poland. – Co istotne, zarówno szef i pracownik powinni się czuć odpowiednio w wewnątrzfirmowych stosunkach, a ta swoista granica w zawodowo-prywatnych relacjach powinna być wyznaczona przez obie strony – zaznacza ekspertka.

Picie w praktyce

W teorii wszystko da się wyjaśnić, opracować, w teorii można wyznaczyć sztywne zasady i ogólne reguły pracowniczych libacji, ale gdy przychodzi co do czego, to piękne hasła o higienie relacji, o wyznaczaniu granic przez obie strony, o egalitarnym postrzeganiu teamu itd., idą w odstawkę. Niemniej jednak istnieją pewne metody, które minimalizują szanse na imprezowy blamaż. Natomiast wykorzystywanie tych metod pozostaje przede wszystkim w gestii szefa.

– Przede wszystkim szef powinien znać swój zespół. Gdy wie, z kim ma do czynienia, to łatwiej będzie mu dobrać taką formę integracji, która będzie optymalna dla całej grupy lub większej ilości osób. Natomiast jeśli szef ma wątpliwości, to zawsze może zrobić ankietę lub zapytać pracowników o to, jakie aktywności integracyjne spotkają się z ich aprobatą i entuzjazmem – mówi Karolina Lis.

Jedni wolą rozmowy przy lampce wina w małej restauracji, inni preferują walenie drinków w klubie, jeszcze inni są fanami barowych posiedzeń z kuflem kraftowego piwa w dłoni. Szef zawsze musi rozważnie wybierać miejsce i dostosowywać grunt pod preferencje większości. Miejscówka musi być więc maksymalnie „neutralna”. Odpadają więc zadymione mordownie czy wykwintne winiarnie wypełnione sztywną atmosferą. Czas takiej imprezy też musi być dostosowany do wszystkich. Zatem jeśli ktoś musi wyjść wcześniej, bo np. ma dzieci lub nie ma humoru, to nie można mu z tego tytułu fundować wyrzutów sumienia, namawiać na siłę, by pozostał, czy wyśmiewać. Nad atmosferą podczas takiej imprezy też powinien czuwać szef. Bo przecież jeśli przełożony schla się jak świnia, to da tym samym przyzwolenie, by inni zachowywali się w taki sposób; a gdy przez cały wieczór jedynie zamoczy usta w kieliszku, to nie znajdzie się wielu chętnych do uskutecznienia melanżu życia.

Morał z tego więc taki, że picie z szefem to cholernie skomplikowana sprawa. Jednak gdy kolektywnie przyjmiemy choć jakieś podstawowe, jasne zasady, to zminimalizujemy niebezpieczeństwo i uchronimy się przed niechcianymi konsekwencjami naszej libacji. Tak czy owak, nie oszukujmy się, „sukces” picia z szefem zależy głownie od szefa, dlatego też – Szanowni Szefowie, świećcie przykładem!

#Derek Barłowski

Wszystkie przywołane wypowiedzi pochodzą
z programu Pytanie na śniadanie
(7 listopada 2019)