Szalejący w Europie koronawirus pokazał, że w wielu koporacjach home office nadal traktowany jest jak zło konieczne.

*ten tekst napisał korpodziennikarz obywatelski KORPO VOICE

Rząd i służby państwowe robią co mogą, by ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa. Jednym z zaleceń jest pozostanie w domu (w miarę możliwości) i świadczenie pracy zdalnej. Jak zwykle okazało się, że pomimo tak powszechnego w korporacjach home office’u firmy nie są przygotowane na sytuacje kryzysowe i niechętnie pozwalają pracownikom na pozostanie w domu i wykonywanie swoich zadań na odległość.

Kiedy w ubiegłym roku zastanawiałem się, czy home office to bardziej benefit czy kaganiec (Korpo Voice nr 03/2019) nie przewidziałem faktu, że może być to też czynnik ratujący (dosłownie) nasze zdrowie i życie. Kiedy w Europie pojawiły się pierwsze przypadki koronawirusa, wiele firm od razu poprosiło pracowników o pozostanie w domach i pracę zdalną. Dotychczas pracowałem w firmach, gdzie HO był raczej benefitem i można było z niego korzystać w dowolnym dniu, jednak po ubiegłorocznej zmianie pracy trafiłem do departamentu, w którym niechętnie pozwala się pracownikom pozostać w domu. A przynajmniej uważa się, że work from home to świetna okazja, by coś dokończyć po godzinach albo w weekend, nie w podstawowym czasie pracy. Zatem niewiele pracowników zadbało o to, by mieć dostęp zdalny. I kiedy połowa warszawskich korposzczurów klepała już Excele na kanapie, jednym okiem patrząc w Netflixa, u nas zaczęło się nerwowe składanie requestów  o home access. I dramatyczna walka z czasem, bo ktoś nie dał approvala, ktoś inny złożył zły ticket, a jeszcze ktoś miał przestarzały telefon i nie mógł zainstalować tokena w formie apki. Kiedy Ministerstwo Zdrowia potwierdziło pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce i właściwie należało siedzieć już w domu, my dopiero byliśmy w fazie testów, czy ewentualnie jesteśmy w stanie pracować bez przychodzenia do biura. W firmie koleżanki z kolei dopiero wnioskowano o tokeny do zdalnego logowania, które są przysyłane z Węgier. Pełen profesjonalizm i continuity of business. I na co te wszystkie testy COB? Wkrótce poszliśmy krok dalej – firma poprosiła o aktualizację adresów, telefonów komórkowych itp. żeby w razie potrzeby móc się z nami kontaktować. Szybko, zważywszy na to, że wielu pracowników w tym samym czasie mogłoby już podlegać kwarantannie.

Kiedy nadszedł upragniony dzień pracy z domu przetykanej sprzątaniem, praniem i wizytą w paczkomacie wraz z mailowym potwierdzeniem, że wszystko działa, czar prysł. Za nami kilkadziesiąt potwierdzonych przypadków wirusa w Polsce, w tym kilkanaście w Warszawie – szef zwołuje calla. W piątek, tuż przed decyzją rządu o wprowadzeniu stanu epidemicznego. Używając zdalnych narzędzi dołączam do bzdurnej dyskusji i co słyszę? W poniedziałek mamy się wszyscy stawić w biurze, oczywiście jeśli dobrze się czujemy. Co do zasady mamy pracować w domu tylko jeśli nie czujemy się dobrze. W przeciwnym razie mamy obowiązek pracować na open spejsie. W takim razie po co ta cała home officowa szopka? W międzyczasie przychodzą propagandowe maile o tym, jak ważne jest mycie rąk, codzienna dezynfekcja biurek i jak cenne dla firmy jest życie i zdrowie pracowników. Tylko menadżer nie zdaje sobie sprawy, że naraża mnie na kontakt z innymi pasażerami w komunikacji miejskiej w drodze do biura i że w ten sposób łatwiej mi się zarazić wirusem. Nie ulegam panice, ale jeśli inni mogą pracować z domu, to dlaczego nasz departament ma być tutaj wyjątkiem? Zamkniętych jest wiele instytucji, sklepów i punktów usługowych, znajomi od tygodni chwalą się pracą na swojej kanapie, tymczasem ja muszę jeździć do biura, bo nie kicham i nie kaszlę. Inni mogą na mnie prychać w metrze bez przerwy, w imię zbliżającego się zamknięcia kwartału. Paranoja. Rozumiem, że pracownicy handlu, policji, służby zdrowia czy usług komunalnych muszą w tym czasie pracować i jest to dla nich ciężki okres. Jeśli jednak wszyscy apelują o pozostanie w domach, w miarę możliwości, to dlaczego jesteśmy zmuszani do przyjścia do biura? Mamy świetne narzędzia, dzięki którym możemy klepać tabelki w Excelu, ba – nawet brać udział w telekonferencjach, tyle, że w kapciach i z aneksem kuchennym w tle. System pracy zdalnej właśnie okazał się być nie tylko benefitem, ale też systemem zapewniającym ciągłość biznesu i ochrony pracownika w czasach kryzysu. Tym bardziej bolą korpogadki o tym, jak ważne dla firm jest zdrowie i komfort nas wszystkich. Jak zwykle, teoria teorią, a praktyka pokazuje co innego.

 

#emes

Masz przemyślenia dotyczące aktualnej sytuacji ? Napisz na redakcja@korpovoice.pl