Pięciodniowy spływ kajakami ojców z dziećmi, wydaje się być dość karkołomnym przedsięwzięciem. Zwłaszcza, gdy z założenia nocuje się w namiotach, a jedzenie trzeba zaplanować na cały ten czas z góry. Obawy rosną, gdy dodamy do tego konieczność uwzględnienia wszystkich możliwych warunków atmosferycznych, potencjalnych urazów wymagających podstawowej opieki medycznej, wreszcie zapewnienia dzieciom codziennej porcji rozrywki. Zapewniam jednak, że warto i – mimo że już pewnie jesteście głowami daleko od stanu wakacyjnych uniesień – niech ten artykuł posłuży jako inspiracja na kolejny rok.

Pierwsze wrażenie, czyli jak to wszystko zmieści się do kajaka?

Nasza grupa była dość liczna i składała się z pięciu ojców i siódemki dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Gdy przygotowywaliśmy się do wypłynięcia, każdy z nas zadawał sobie jedno pytanie: jak zmieścić taką ilość ubrań, sprzętu i jedzenia w kajak? Wprawdzie przestrzeń ładunkowa jest naprawdę duża (nawet 200 l), ale na początku trzeba nieźle pogłówkować. Warto pamiętać też, gdzie co jest na wypadek, gdyby trzeba było coś wyjąć, co zdarza się dość często. Tak czy inaczej, każdy miał:

  • minimum pięć litrów wody,
  • jedzenie na cały tydzień,
  • namiot,
  • śpiwory i karimaty,
  • sprzęt biwakowy,
  • ubrania na przebranie.

Jak się później okazało, większość ubrań wróciła do domu w stanie nieużywanym, co jest lekcją na przyszłość.

Nie ma sensu walczyć z rzeką

Na spływ wybraliśmy Rospudę – jedną z najpiękniejszych polskich rzek, która płynie spokojnie. Nie znaczy to jednak, że nie dostarcza wrażeń i nie wymaga intensywnej pracy wiosłami. Miejscami poziom wody był tak niski, że szorowaliśmy po dnie i trzeba było przeciągać kajaki. Na innych odcinkach wyzwaniem było manewrowanie w wąskich przesmykach między trzcinami. Były również momenty, w których zmieszczenie się pod przewróconym drzewem lub między dwiema przeszkodami wymagała odpowiedniego kąta natarcia i prędkości, a błąd kończył się efektownym obróceniem kajaka lub lądowaniem w trzcinach. Po jakimś czasie doszliśmy do wniosku, że lepiej dać się prowadzić rzece niż z nią walczyć i spokojnie poddaliśmy się prądowi.

Elektroniczny detoks

Na spływie z założenia nie korzysta się za wiele z elektroniki. Po pierwsze nie współgra ona dobrze z otaczającą nas wodą. Po drugie zakłóca możliwość wspólnego podziwiania widoków, odkrywania przyrody i prowadzenia rozmów. Nie bez znaczenia jest fakt, że przez znakomitą większość czasu nie ma dostępu do prądu, a energia w powerbanków służy do ładowania telefonów, a nie do zabawy. Zresztą elektronika, jak się okazuje, nie jest zupełnie potrzebna, poza robieniem zdjęć i wysyłaniem raportów pozostałym w domach członkom rodziny. Dzieci na co dzień przyzwyczajone do zdobyczy cywilizacji, przez tydzień odkrywały, że do dobrej zabawy wystarczy czasem coś tak trywialnego jak kawałek patyka. Ich naturalna kreatywność znajdowała, więc ujście podczas tropienia żab i ślimaków, zabawy w chowanego, wspinaczki na nadrzeczne klify czy karmienia kur w gospodarstwach rozsianych w okolicy pól namiotowych.

Nic nie smakuje tak jak makaron na świeżym powietrzu

Podczas spływu posiłki urastają do rangi kamieni milowych odmierzających tempo dnia. Wszyscy czekają na nie z niecierpliwością! Są nie tylko okazją, żeby porozmawiać w grupie, ale i najeść się po całym dniu spędzonym na świeżym powietrzu, które znakomicie wzmaga apetyt. Przebojem wyjazdu okazał się makaron z serem i oliwą serwowany z dużej plastikowej miski. Do tego mieliśmy oczywiście przeróżne przekąski i desery w postaci: czekolad, ciastek i okazjonalnych jagodzianek kupowanych po drodze. Na śniadania były płatki z mlekiem, tortille i dżemy. Ponieważ co dzień, dwa zatrzymywaliśmy się w pobliżu jakiegoś miasta, mogliśmy na bieżąco uzupełniać zapasy. Po wspólnych posiłkach był czas na ognisko, czytanie książek czy rozmowy o życiu, które w wykonaniu siedmio-, ośmiolatków są fascynującym doświadczeniem.

Czego nauczył nas spływ

Doświadczenia, jakie płynie ze wspólnego spędzenia tygodnia w towarzystwie dzieci, trudno przecenić. Zwłaszcza, że przez większą część dnia nic nas nie rozprasza. Możliwe jest poświęcenie im pełnej uwagi, opowiadanie o świecie i wspólne rozmowy. Buduje to silną więź, którą trudno jest osiągnąć w codziennym życiu czy na wczasach all-inclusive. Spływ wymaga zaangażowania wszystkich we wspólne działania: wiosłowanie, rozstawianie obozu, gotowanie czy sprzątanie. Nie ma też wiele rozpraszaczy, zwłaszcza w postaci migających ekranów, które odwracałyby uwagę. Są za to atrakcje w postaci:

  • zabaw na świeżym powietrzu,
  • obserwowania czapli i kormoranów,
  • wsłuchiwania się w klangor żurawi czy rozpalanie ogniska, przy którym piecze się kiełbaski.

I chyba wspomnienia tych chwil sprawiają, że za rok już umówiliśmy się na kolejną wspólną wyprawę. Zachęcamy i Was, korpoojcowie, do takiej formy rozrywki i spędzenia czasu z dzieciakami.

#Jakub Kompa